Wydarzenia

Klub

Sezon 2009/2010

Historia

Młodzież

Inne

kalendarz 2010 baltyk gdynia

dmuchany zamek, dmuchane zabawki, wynajem dmuchanych zabawek, wypożyczalnia

monografia klubu Bałtyk Gdynia

koszulki piłka nożna bałtyk gdynia

proporczyki piłka nożna bałtyk gdynia

 koszulki piłka nożna bałtyk gdynia

 minikoszulki piłka nożna bałtyk gdynia

Relacje - sezon 2007/2008

7.06.2008 Damno: Polonez Bobrowniki - BAŁTYK 1:4 (0:3)

0:1 KUDYBA (1), 0:2 PATALAN (10), 0:3 KUDYBA (26), 0:4 KUDYBA (73-karny), 1:4 Ciemniewski (86)

Sędzia: Okoń. Żółta kartka: Rubinowicz.

BAŁTYK: Grubba - KRZEMIŃSKI (52 KUSS), LITWINKO, Martyniuk, Klemczyk – Pięta, Pietrzyk, Widzicki, Czuk (46 PETA) - Kudyba, Patalan (65 Wierzchołowski). TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel, Stępień, Kozerkiewicz.

Nasz zespół jechał do Damna z nadzieją, że lider z Pucka polegnie w Bytowie, lecz - jak się okazało - była to nadzieja próżna, ponieważ piłkarze Bytovii nie zamierzali zrobić krzywdy Zatoce, a w II połowie wręcz unikali gry, by przypadkiem nie zbliżyć się do pola karnego gości... Kto był na tym meczu, ten wie i będzie pamiętać. Biało-niebiescy jednak dobrze wiedzieli, że pretensje o 2. miejsce mogą mieć tylko do siebie, a w Bobrownikach nie zamierzali potknąć się jak wcześniej w nieodległym Słupsku. Zegarek Filipa Żemojtela miał wskazywać 36. sekundę, gdy strzałem z 7-8 m lewą nogą w krótki róg Kudyba zrobił użytek z 30-metrowego podania Martyniuka. W tym sezonie to zdecydowanie najszybciej zdobyta bramka przez Bałtyk. W 73 min, gdy "Kudi" skutecznie wykonał rzut karny podyktowany za raczej wątpliwy faul na Wierzchołowskim, doczekaliśmy się na smutny koniec sezonu jeszcze jednej niezwykłości - mianowicie pierwszego w rozgrywkach hat-tricka. Dzięki niemu Darek sięgnął po tytuł króla strzelców.
Mecz z Polonezem nie miał w sobie krzty emocji, a przewaga gdynian - mimo że nie pokazali nic wielkiego - była ewidentna. W I połowie obrońcy gospodarzy, wobec zdecydowanej gry Bałtyku, popełniali masę błędów. W 10 min piłkę w polu karnym przyjął Patalan, strzelił z ok. 12 m i za sprawą rykoszetu od nogi rywala przelobował rezerwowego golkipera Poloneza. W 26 min było już 3:0 po tym jak Kudyba rozegrał z Pietrzykiem akcję na jeden kontakt i wybiegł sam na Mikołajczaka. Tym razem strzelił w długi róg. O II połowie nie ma co pisać. Czekaliśmy na końcowy gwizdek. Szkoda straconego gola, chociaż sam fakt, że wiosną Grubba pozostał niepokonany w 11 z 17 spotkań to niewątpliwy pozytyw rundy rewanżowej (w całym 2007 roku gdynianie ledwie 7 meczów na 33 kończyli na "zero z tyłu").

1.06.2008 Gdynia: BAŁTYK - Czarni Czarne 3:0 (2:0)

1:0 PATALAN (21), 2:0 PIĘTA (24), 3:0 WIERZCHOŁOWSKI (83)

Sędzia: Necel. Żółta kartka: Łazur.

BAŁTYK: Grubba - KRZEMIŃSKI, LITWINKO, Martyniuk (30 Czuk), Klemczyk – Pięta, Pietrzyk, Widzicki, PETA (63 STĘPIEŃ) - Kudyba, Patalan (63 Wierzchołowski). TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel, Styn.

Po raz pierwszy w wyjściowym składzie pojawił się kończący wiek juniora Krzemiński (Zybert i Kuss pauzowali za kartki), natomiast Pietrzyk został przesunięty do II linii, tyle że już po 30 minutach wrócił na środek obrony, bo Martyniuk męczył się z bolącą stopą. Gorące przedpołudnie przy Olimpijskiej nie dostarczyło zbyt wielu emocji. Bałtyk zwyciężył łatwo, wydaje się, że za nisko i zaprezentował jedynie kilka akcji udanych od początku do końca. Przesadna niedokładność przed polem karnym Czarnych marnotrawiła mnóstwo ataków (sam Peta aż 6 razy dał się złapać na spalonym), a jeśli już były okazje, to np. w II połowie 100-procentowe sytuacje psuli: Peta (pudło), Pięta (obrona Schmidta), Stępień (pudło) i Kudyba (pudło). Jedynie w 83 min Wierzchołowski wiedział co zrobić z piłką zagraną przez Piętę z 30. metra w pole karne. Michał sprytnie wymanewrował Schmidta i strzelił do pustej bramki.
Mecz rozpoczął się od szansy Czarnych. W 3 min, za sprawą straty Widzickiego i złego ustawienia Litwinki, Adamowicz otrzymał podanie na wolne pole, jednak jego uderzenie z 16 m Grubba bez problemu podbił nad poprzeczkę. Goście zapamiętali lekcję sprzed roku i do końca bronili się z pełnym zaangażowaniem. Gole jednak musiały paść. Różnica w umiejętnościach była zbyt duża. Pierwsza bramka była po części zasługą Kudyby, który w polu karnym walczył w powietrzu o piłkę najpierw z obrońcą, a potem bramkarzem. Dzięki waleczności "Kudiego" (stracił tytuł najskuteczniejszego na rzecz Siemaszki) futbolówka poleciała na skraj "16", prosto pod nogi Patalana, który wolejem i chyba po rykoszecie skierował ją do siatki. Trzy minuty później Peta wykonywał rzut rożny. Obrońcy wybili piłkę, którą przejął Pięta. Wojtek spojrzał jak ustawiony jest bramkarz i precyzyjnie, z odpowiednią siłą uderzył lewą nogą z 20 m tuż przy słupku. Profesorskie trafienie, rzec można. Jeszcze przed przerwą kolejne szanse zmarnowali Pięta, Pietrzyk i Peta (słupek), dlatego właśnie żal, że skończyło się skromnie - trzema bramkami.

28.05.2008 Słupsk: Gryf 95 - BAŁTYK 1:0 (1:0)

1:0 Polakowski (5-wolny)

Sędzia: Kobylarz. Żółte kartki: Jędrzejak, Jarowski, Bukowski, Mokrzycki - ZYBERT, MARTYNIUK, PIĘTA, KUDYBA.

BAŁTYK: Grubba - Klemczyk, Pietrzyk (46 Czuk), Martyniuk, ZYBERT (46 LITWINKO) – Pięta, Styn, Widzicki, PETA (55 POŹNIAK) - Kudyba, Patalan (63 Wierzchołowski). TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel, Krzemiński, Stępień.

Licznie zgromadzona publiczność, pewnie ponad tysięczna - po okresie słabszych występów słupszczan - doczekała się zwycięstwa, które znacznie przybliżyło Gryf do nowej III ligi. Gospodarze zagrali z zębem, zaimponowali walecznością, której oczekiwaliśmy także od naszych zawodników. Mimo, że przyjechała ich dopingować ponad 100-osobowa grupa kibiców, biało-niebiescy oblali kolejny ważny egzamin, wykazując się bojaźnią i niefrasobliwością, która polegała choćby na tym, że już w 5 min słynący z dokładnych zagrań Polakowski wykonywał... trzeci rzut wolny. Od początku podenerwowany i niepewny Pietrzyk zaatakował rywala wślizgiem, nie do końca mu się to udało i ratował się zagarnięciem piłki ręką. Grający trener gospodarzy ustawił futbolówkę z boku pola karnego i było jasne jak słońce, że będzie dośrodkowywał z próbą wkręcenia jej w bramkę. I udało mu się to! Gryfici dostali wiatr w żagle, a nasi popadli w jeszcze większą nerwowość. W 9 min Grubba wygrał pojedynek sam na sam z Szymańskim, w 12. odbił silne uderzenie z 20 m, w 36. pomogła mu poprzeczka przy niesygnalizowanym strzale Kryszałowicza z ok. 20 m, a tuż przed przerwą - gdy słynny "Kryszał" błysnął prostopadłym zagraniem - nasz bramkarz jeszcze raz musiał powstrzymać Szymańskiego, który zimą przybył do Gryfa z Kotwicy Kołobrzeg.
Miejscowym dobrze się grało z kontry, a ogromny w tym udział mieli: ofiarny i zadziorny w defensywie Polakowski (ostatnio nie grał, ale przeciw SKS wystąpił mimo kontuzji) oraz mądrze rozdzielający piłki Kryszałowicz, któremu nic a nic nie przeszkadzała drobna, acz widoczna ociężałość. Biało-niebiescy, poza faulowaniem, nie znajdowali sposobu na najlepszego polskiego piłkarza podczas mundialu w Korei i Japonii. Gdy otrzymywał piłkę, nie tracił jej, potrafił ściągnąć na siebie dwóch-trzech gdynian i zagrać celnie do partnera. Nasz zespół przeprowadził kilka dobrze rozegranych ataków, jednak zawsze czegoś brakowało. W 34 min piłka jak po sznurku wędrowała od Widzickiego do Styna, potem do Klemczyka, który dośrodkował. Kudyba skakał, lecz nie dosięgnął piłki, która trafiła do zamykającego akcję Patalana. Darek strzelił z ostrego kąta pod poprzeczkę i już cieszył się z wyrównania, gdy ujrzał w górze chorągiewkę sędziego asystenta. Mamy wątpliwości, lecz to nic nie zmienia... Szkoda jeszcze było szansy z 39 min, kiedy Pięta w polu karnym zwyczajnie źle, niestarannie zagrał do środka, a czekało na piłkę aż trzech kolegów.

II połowę lepiej rozpoczęli gospodarze, znowu w opałach był Grubba, w największych w 55 min, gdy popełnił błąd źle odbijając kolejne uderzenie Polakowskiego z wolnego. Po trzech minutach Kudyba zmarnował najlepszą okazję. Świetnie wyszedł do wrzutki Czuka, ale jego "główka" z 8 m minęła i spóźnionego bramkarza, i słupek po niewłaściwej stronie. Od 60 min Bałtyk miał już wyraźną przewagę w posiadaniu piłki, jednak niewiele z tego wynikało. Gryf twardo bronił zdobyczy i miał szczęście, kiedy było mu potrzebne, m.in. w 77 min, gdy Wierzchołowski był o krok od wykorzystania błędu golkipera, albo w 80 min, gdy Kowalczyk fartownie odbił na róg kozłujące uderzenie Pięty z rzutu wolnego.

24.05.2008 Gdynia: BAŁTYK - Tczewski KP 7:1 (3:1)

1:0 KUDYBA (13), 1:1 Kwiatkowski (26), 2:1 PETA (29), 3:1 KUDYBA (30), 4:1 PIĘTA (65), 5:1 WIERZCHOŁOWSKI (73), 6:1 PIĘTA (82), 7:1 KLEMCZYK (90)

Sędzia: Bator. Żółte kartki: STĘPIEŃ, PIĘTA - Gronkowski, Lizak.

BAŁTYK: Grubba - Czuk (75 KRZEMIŃSKI), Pietrzyk, Martyniuk, Klemczyk – PETA (80 KOZERKIEWICZ), LITWINKO, Pięta, POŹNIAK (60 STĘPIEŃ) - Kudyba, Patalan (72 Wierzchołowski). TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel, Zybert, Styn.

Gdynianie rozpoczęli mecz w odmienionym składzie. Z powodu kontuzji zabrakło Styna, Zyberta i Widzickiego. Pierwsi dwaj niby mogli wyjść na boisko, zresztą przejawiali chęć gry, jednak Jerzy Jastrzębowski uznał, że daleko ważniejsze dla zespołu jest, aby Radek i Dawid pojechali zdrowi do Słupska. W II linii zobaczyliśmy więc tercet młodzieżowców, ale - jak się szybko okazało - nie miało to zupełnie wpływu na grę Bałtyku. Nasz zespół natychmiast osiągnął przewagę, co chwilę stwarzał sytuacje bramkowe i gol był kwestią czasu. Można było odnieść wrażenie, że grający o pietruszkę tczewianie zbyt łatwo dali się zepchnąć do obrony i dopiero piękny strzał ich trenera podziałał na nich pobudzająco. Co prawda szybko zostali sprowadzeni do parteru, dwa gole w ciągu 60 sekund ostatecznie ustawiły grę, jednak od tej pory oglądaliśmy już wyłącznie miłą dla oka wymianę ciosów. Więcej ciosów wyprowadzali i częściej trafiali biało-niebiescy, lecz i tak znowu można mieć pretensje o nieskuteczność. W II połowie sam Kudyba śmiało mógł ustrzelić hat-tricka, by nie wspominać kiksów Patalana. Jednocześnie za dużo błędów popełniali nasi obrońcy (między 57 a 64 min goście okrutnie patałaszyli mając bodaj cztery tzw. setki), chociaż w akurat tak wyglądającym spotkaniu można im to wybaczyć. W innych okolicznościach absolutnie nie.
1:0 - Patalan otrzymał prostopadłe podanie i miał na tyle dobrą pozycję i wystarczająco dużo czasu, że mógł oddać strzał lewą nogą. Zwlekał, aż dobiegł do linii końcowej i musiał wycofać piłkę. Zrobił to tak szczęśliwie, że trafiła ona na 6. metr do Kudyby, który miał łatwe zadanie do wykonania. 1:1 - Kwiatkowski zobaczył złe ustawienie Grubby i zdecydował się na strzał z ok. 25 m. Słuszny wybór i dobre wykonanie, piłka wpadła w górny róg bramki. 2:1 - pełne zaskoczenie w wykonaniu Pety. Olek przyjął piłkę na prawym skrzydle i - mimo asysty obrońcy - z narożnika "16" strzelił z woleja w przeciwległe "okienko" bramki Świderskiego. Piękny gol. 3:1 - Klemczyk zagrał prostopadłą piłkę do Pięty, który skopiował zagranie "Patiego" z 13 min. Goście bezowocnie reklamowali, że futbolówka przekroczyła linię końcową. Kudyba znowu miał piłkę na tacy. 4:1 - Peta zagrał ze skrzydła do Pięty, który na 16. metrze łatwo minął obrońcę, wbiegł w pole karne i z kilku metrów prawą nogą - na pełnym spokoju - trafił do siatki. Świderskiego zmylił jeszcze rykoszet od nogi obrońcy. 5:1 - koronkowa akcja Pięty z Kudyba, ale piłka przypadkowo (odbita od nogi obrońcy) trafiła na środek "16", gdzie bez opieki stał Wierzchołowski. Kilkadziesiąt sekund po wejściu na boisku Michał stanął przed wymarzoną szansą i nie zmarnował jej. 6:1 - świetny strzał Pięty z 16 m w długi róg po zagraniu Wierzchołowskiego spod linii końcowej. 7:1 - Klemczyk strzelił z ok. 25 m, piłka skozłowała przed bramkarzem i po jego rękach wpadła do siatki. Tak musiała się skończyć pełna niefrasobliwości gra TKP.

21.05.2008 Rumia: Orkan - BAŁTYK 2:2 (1:1)

0:1 KUDYBA (7), 1:1 Fera (40-wolny), 1:2 PIĘTA (64), 2:2 Freiberg (75-głową)

Sędzia: Wierzbowski. Żółte kartki: Pomorski, Skwiercz, Dubicki, Freiberg.

BAŁTYK: Grubba - Klemczyk, Pietrzyk, Martyniuk, ZYBERT (46 LITWINKO) – Pięta, Styn (48 Czuk), Widzicki, POŹNIAK - Kudyba, Patalan (82 PETA). TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel, Kuss, Stępień, Wierzchołowski.

Mecz na szczycie zgromadził liczną widownię, trybuna kryta stadionu MOSiR zapełniła się do ostatniego miejsca, właściwie to był nadkomplet, ale w tłoku miło ogląda się mecz, zwłaszcza tak widowiskowy. Biało-niebiescy rozpoczęli od mocnego uderzenia, bo ich pierwsza groźna akcja przyniosła pełny sukces. Rozpoczął atak Poźniak zagrywając do Widzickiego. Marek zrobił kilka kroków i posłał 30-metrowe podanie do Kudyby, który przyjmując piłkę w polu karnym od razu zrobił sobie miejsce do strzału. Uderzenie z woleja z 13 m wylądowało tuż przy słupku. Bardzo ładna bramka, ale tego dnia miały wpaść ładniejsze.
Miejscowi, którzy zaczęli ostrożnie, zostali więc zmuszeni do ataku i nie zwlekali z tym. W 10 i 12 min dał o sobie znać Pomorski, który najpierw trafił do siatki głową (ofsajd), a potem spudłował z 14 m. Obie próby wyglądały groźnie, a wzięły się z zagrań, które można uznać za wizytówkę Orkana. Mamy na myśli wrzutki z rzutów wolnych lub rożnych (Fera, Malinowski, Kłos) lub wyrzuty z autu, w wykonaniu Fery wręcz niesamowite. Każdy aut wyrzucany przez czołowego ongiś gracza III-ligowej Kaszubii to jeden siwy włos na głowie każdego z kibiców SKS, a przybyło ich do Rumi całkiem sporo. Bałtyk jednak zachował inicjatywę i po kilku nieudanych próbach (strzały m.in. Kudyby, Styny, Poźniaka) miał piłkę meczową, którą w 28 min zaprzepaścił Patalan. Z kontrą wyszedł Kudyba, zagrał do Pięty, a ten świetnym dograniem obsłużył "Patiego". Niestety, Darek - mimo że był już w polu karnym i miał piłkę na lewej nodze - strasznie spudłował. A mógł nawet zagrywać do biegnącego na dalszy słupek Poźniaka... Jeszcze w 35 min - po błędzie golkipera - Patalan stanął przed kolejną szansą, ale nie aż tak dobrą. Powiadają, że "to się zemści". I faktycznie, zemściło się. Pietrzyk - bez sensu i celu - sfaulował rywala, a po chwili Fera z ok. 30 m (bliżej linii bocznej) przyłożył "odłamkowym" w przeciwległy górny róg bramki nieco spoźnionego i zaskoczonego Grubby. Tuż przed przerwą doznaliśmy kolejnej straty - Dubicki po raz trzeci, a drugi w sposób zwyczajnie brutalny (pierwszą ofiarą padł Poźniak w 24 min) zaatakował nakładką. Zybert nie był w stanie kontynuować gry. Były napastnik Bałtyku miał już na koncie kartkę (dostał ją krótko przed tym zajściem) i po takim przewinieniu wydawało się, że zakończy występ razem z "Zibim". Światowy (rzez można) duet sędziowski Wierzbowski - Nadolska - choć bliski zdarzenia - zbagatelizował A-klasowe chamstwo...

II połowa zaczęła się od ataków Orkana. Z boiska z kontuzją zszedł również Styn i nasze kłopoty rosły. Gospodarze widzieli, że stałe fragmenty i auty powodują ogromne zagrożenie na przedpolu Grubby i starali się o nie przy każdej okazji. Kotłowało się w naszym polu karnym stanowczo zbyt często. Tymczasem w 64 min gdynianie wyszli z kontrą, która już wydawała się stracona, kiedy na 18. metrze piłka trafiła pod nogi Pięty. Nasz lider zdecydował się na atomowe uderzenie, jakie nieczęsto oglądamy w IV lidze. Lewą nogą wkręcił piłkę w samo "okienko" bramki strzeżonej przez Dudę. Radość była ogromna, ale po 11 minutach cieszyli się rumianie, którzy dopięli swego po kolejnym wyrzucie piłki z autu przez Ferę. Orkan nabrał wiatru w żagle i stosując najprostsze środki ("długa" do przodu, gdzie czekali Pomorski z Siemaszko) zepchnął nasz zespół do defensywy. W doliczonym czasie i my mieliśmy swoją szansę po rzucie rożnym (skończyło się na zamieszaniu), a za chwilę Pięta strzelił z rzutu wolnego dwa metry nad poprzeczką.

18.05.2008 Gdynia: BAŁTYK - Lechia II Gdańsk 3:0 (2:0)

1:0 KUDYBA (44), 2:0 STYN (45), 3:0 PETA (80)
W 25 min STYN nie wykorzystał rzutu karnego (obrona)

Sędzia: Kuczkowski. Żółta kartka: ZYBERT.

BAŁTYK: Grubba - Klemczyk, Pietrzyk, Martyniuk, ZYBERT (74 LITWINKO) – Czuk (78 STĘPIEŃ), Styn (83 Wierzchołowski), Widzicki, POŹNIAK - Kudyba, Patalan (76 PETA). TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel.

Jak w Sztumie nie było Widzickiego, tak przeciwko Lechii II zabrakło Pięty, jednak nieobecność najskuteczniejszego piłkarza SKS w rundzie wiosennej nie miała wpływu na wynik. Biało-niebiescy zwyciężyli pewnie i, niestety, zbyt skromnie. Który to już raz? Nieskuteczność to dziś nasza największa bolączka. O 180 stopni odwróciła się sytuacja z 2007 roku, w którym Bałtyk dużo strzelał i sporo tracił (39 goli w 33 spotkaniach). Teraz mało tracimy (wiosną 6 bramek w 12 grach), lecz jest kłopot z pokonywaniem bramkarzy rywali. Przeciwko lechistom sam "Kudi" śmiało mógł pokusić się o... 5 trafień (a prób miał dwa razy tyle). Dobre jednak i to, że po 5 meczach posuchy wreszcie wpisał się na listę strzelców. A stało się to wtedy, gdy kibice martwili się już bliską perspektywą nerwowej przerwy i stresu w II połowie. W 44 min na linii "16" Styn próbował, a udało się Zybertowi zablokować wyjście gości z obrony do kontry. Agresywny blok Dawida spowodował, że piłka poleciała pod nogi Kudyby, który wbiegł w pole karne i - chyba tylko z konieczności - zdecydował się na strzał lewą nogą w krótki róg. To nie było uderzenie marzeń, ale młody golkiper skapitulował. Do tego momentu Kopka był bohaterem w ekipie Lechii, bo przecież w 25 min wybronił bojaźliwy strzał Styna z 11 m (wcześniej faulowany był Kudyba).
To był pierwszy rzut karny podyktowany dla Bałtyku w rundzie rewanżowej, a siódmy od początku sezonu. Zmarnowaliśmy już cztery "jedenastki", z Lechią - dwie (jesienią przy Traugutta szansy nie wykorzystał Grzesiuk). Radziu nie pozwolił jednak, żeby fatalna próba zaważyła na jego występie. Zasuwał aż miło i na sekundy przed gwizdkiem na przerwę podwyższył prowadzenie. Szybko rozegrał rzut wolny z Widzickim z boku pola karnego, przepchnął się w "16" i wykorzystał sytuację sam na sam! To było ukoronowanie przewagi biało-niebieskich! Szybka, ofensywna gra z obu stron sprzyjała nam, chociaż godzi się dodać, że i przyjezdni mieli swoje szanse. Pierwszą w 6 min po koszmarnej stracie Zyberta. "Zibi" jednak - gdy Fedoruk zagrywał do kolegi na środek pola karnego - w ostatniej chwili wślizgiem naprawił gafę i skończyło się na nerwach. W 16 min Tofil świetnie uderzył z 25 m, w 32. Kawa mógł skutecznie zakończyć kontratak, ale okrutnie spudłował z 14 m.
Po zmianie stron właściwie grał już tylko Bałtyk. Młodzież z Wrzeszcza straciła ochotę do walki, broniła wysoko, bez krycia. - Grali tak, żebyśmy im wbili z osiem goli - mówił poirytowany trener Jastrzębowski. Stanęło na trzech golach, ponieważ w całej masie okazji albo zawodziło ostatnie podanie z II linii, albo napastnicy patałaszyli. W 52 min Patalan spudłował w sytuacji sam na sam z Kopką, w 64. bramkarz Lechii wygrał pojedynek z Kudybą, w 70. - w finale popisowej akcji Zyberta z Poźniakiem - "Kudi" zmarnował już 200-procentową szansę (pudło z 5 m), w 88. pozazdrościł kolegom Widzicki, który mając przed sobą tylko golkipera przymierzył w zewnętrzną cześć słupka. A wymieniliśmy tylko akcje, które MUSIAŁY przynieść gole! Ostatecznie sztuka udała się Pecie, który płaskim uderzeniem w długi róg zwieńczył wzorową akcję Widzickiego z Poźniakiem. To pierwsze trafienie Olka dla SKS od ponad 11 miesięcy.

10.05.2008 Sztum: Olimpia - BAŁTYK 0:0

Sędzia: Piasecki. Żółte kartki: Wilmański - KLEMCZYK.

BAŁTYK: Grubba - Klemczyk, Pietrzyk, Martyniuk, ZYBERT – Pięta, LITWINKO (46 POŹNIAK), Styn, Czuk (71 STĘPIEŃ) - Kudyba, Patalan (78 Wierzchołowski). TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel, Kuss, Peta.

Gospodarze mieli o co walczyć, skoro od 22. kolejki (4:0 z Polonezem) nie zdobyli punktu, a mimo to wciąż mogą mieć nadzieję na miejsce w nowej III lidze. Poza tym sam SKS mógł być dla nich silnym czynnikiem motywującym, bo przecież przez 4 lata (7 meczów) sztumianie regularnie przegrywali z biało-niebieskimi. Bezbramkowy remis przerwał więc dwie smutne serie Olimpii, a rozstrzygnięcie należy uznać za sprawiedliwe. Drużyna Sławomira Matuka wyszła na boisko z założeniem "po pierwsze nie przegrać" i ów plan realizowała z pełną odpowiedzialnością, asekuracją i starannością. Właściwie jeden jedyny raz doczekaliśmy się poważnego błędu defensywy Olimpii - w 65 min, kiedy Patalan otrzymał prostopadłe podanie, zgrabnie uwolnił się od opieki obrońców, wybiegł sam na Małkowskiego, ale, niestety, w znakomitej sytuacji strzelił w nogi golkipera. Może i szans mogło być więcej, bo olimpijczycy niepewnie czuli się przy stałych fragmentach (już w 2 min, po kornerze, wybijali piłkę sprzed linii bramkowej), jednak zbyt rzadko takie okazje prowokowaliśmy.
Wobec asekuracyjnej taktyki, dzięki której miejscowi zawsze mieli wyraźną przewagę liczebną na własnej połowie (boczni obrońcy nie ryzykowali ofensywnych akcji), Bałtyk miał kłopot ze stwarzaniem okazji bramkowych, a kłopot był tym większy, że boisko sztumskiego OSiR jest po prostu w skandalicznym stanie. Nasi zawodnicy nie mogli grać swojej gry, należało jedynie stosować błyskawiczne wykopy i liczyć, że coś się uda w przodzie. Nie udało się ani jednej, ani drugiej drużynie, bo obrońcy mieli dobry dzień. Inna sprawa, że brak Widzickiego akurat w tym spotkaniu był szczególnie dotkliwy, ponieważ Marek z pewnością czułby się najlepiej w tłoku panującym w środku pola. Styn z Litwinką, a po przerwie z Poźniakiem nie radzili sobie. Klasycy piłkarscy mówią, że jeśli nie możesz wygrać, to zrób tak, żeby nie przegrać. I tak gdynianie zrobili. Olimpia stworzyła tylko jedną naprawdę groźną sytuację - w 43 min zmarnował ją Nadolny, który spudłował w sytuacji sam na sam.
Generalnie spotkanie nie obfitowało w fajerwerki. W 46 min jeden z obrońców wpadł w nogi Pięty, ale nasz lider nie przewrócił się i nie mogło być mowy o "jedenastce". W 54 min Czuk strzelił z woleja z 16 m, ale prosto w ręce Małkowskiego. W 86 min bramkarz Olimpii odbił na róg kąśliwe uderzenie Pięty z rzutu wolnego z 25 m. Mimo upału Bałtyk nie zrażał się niepowodzeniami, atakował, walczył, pokazał, że chce, jednak tym razem przeciwnik bronił się dzielnie. Skuteczność nadal pozostaje naszą piętą achillesową, a szczególnie martwi niemoc Kudyby. Dobre to, że teraz zespół ma 8 dni do derby z Lechią II.

7.05.2008 Gdynia: BAŁTYK - Gryf Wejherowo 1:0 (1:0)

1:0 PIĘTA (19)

Sędzia: Okoń. Żółte kartki: MARTYNIUK - Gronowski, Jezierski, Czarnocki, Wolszleger. Czerwona kartka: Król (po zakończeniu meczu)

BAŁTYK: Grubba - Klemczyk (57 Czuk), Pietrzyk, Martyniuk, ZYBERT – Pięta, Styn, Widzicki, POŹNIAK (89 LITWINKO) - Kudyba, Patalan (70 PETA). TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel, Kuss, Stępień, Wierzchołowski.

Mecz lidera z drużyną z czołówki "tabeli wiosny" okazał się być najlepszym w tej rundzie widowiskiem przy Olimpijskiej. Emocji, zaciętości, udanych akcji nie brakowało, podobnie okazji bramkowych, tylko żal, że biało-niebiescy większość z nich zmarnowali. Właściwie wszystkie oprócz tej z 19 min, gdy świetnie zainicjował atak Pietrzyk. Michał podał na lewą flankę do Poźniaka, a ten zagrał do Patalana, który w polu karnym przyjął piłkę, zastawił się i... przymierzył w poprzeczkę. Na szczęście z prawej strony zamknął akcję Pięta i z bliska silnym uderzeniem zmieścił piłkę między dłońmi Szlagi a słupkiem. Biało-niebiescy nabrali wiatru w żagle, bo do zdobycia bramki mieli co prawda przewagę, ale nie potrafili postraszyć golkipera Gryfa. Tymczasem do gwizdka na przerwę były bramkarz III-ligowych Cartusii i Rodła sześć razy znajdował się w opałach, w największych w 42 min, kiedy koledzy z obrony dwukrotnie wyręczali go wybijając piłkę sprzed linii bramkowej po strzałach Poźniaka i Patalana. Po chwili był rzut rożny i "główka" Kudyby wylądowała na poprzeczce. Oglądaliśmy Bałtyk, do jakiego przywykliśmy w 2007 roku, a goście - grający bez swojego lidera (Ł. Kozłowski) i jakby stremowani, wręcz podenerwowani (3 żółte kartki w I połowie) - byli jedynie tłem wydarzeń.
Tym większe więc było zaskoczenie, gdy po zmianie stron podopieczni Wojciecha Waśka przystąpi do frontalnego ataku i tylko przychylności niebios można tłumaczyć, że najlepsi w barwach WKS, niedawni gracze SKS - Król i Gronowski choć raz nie pokonali Grubby. Być może los rekompensuje nam niezasłużenie wysoką klęskę w Pucku (w pozostałych 9 spotkaniach rundy rewanżowej "Gruby" tylko raz przepuścił piłkę do siatki)? Inna sprawa, że za łatwo daliśmy zepchnąć się do defensywy. Już kilkadziesiąt sekund po gwizdku na II połowę nieporozumienie Poźniaka ze Stynem na środku boiska sprowokowało kontrę, która na linii "16" przyniosła gafę Pietrzyka. Nagle Król stanął sam przed naszym bramkarzem i z wymarzonej pozycji chciał go przelobować. Sztuka się udała, ale futbolówka minęła światło bramki. W 47 min "Królik" zmarnował kolejną szansę, lecz miał trudniej, bo uderzał lewą nogą. W 51 min Zybert nie przeciął dośrodkowania na dalszy słupek i Grubba miał masę szczęścia, że odbił strzał Gronowskiego. W 54 i 57 min "Grono" znowu pudłował. To był najlepszy okres wejherowian w całym spotkaniu, które dzięki temu niesamowicie zyskało na atrakcyjności. Impetu jednak starczyło gryfitom na kwadrans. Potem starali się, trener wprowadzał zmienników, ale ubytek sił sprawił, że piłkarzom Bałtyku dużo łatwiej było wyprowadzać kontry. Chciałoby się napisać zabójcze kontry, jednak takie nie były, ponieważ choćby w 64 min Pięta (po idealnym dograniu Patalana) i w 67 sam "Pati" zaprzepaścili 100-procentowe szanse. Szlaga instynktownie odbijał futbolówkę. Jeszcze w 78 min, znowu po niewymuszonym błędzie dobrze przecież grającego Pietrzyka, jeden z gości znalazł się właściwie w sytuacji sam na sam z Grubbą. Z kilkunastu metrów spudłował.
Emocje rosły do końcowego gwizdka, frustracja również, bo przyjezdni denerwowali się, że nie mogą wyrównać, a na trybunach wyjątkowo licznie zgromadzeni kibice stresowali się, bo rozstrzygający gol na 2:0 jakoś nie chciał wpaść. W ostatnich sekundach, w powietrznym pojedynku z Królem, Grubba wyłapał dośrodkowanie, ale nieco poturbował kolegę i Gryf domagał się chyba... rzutu karnego. W drodze do szatni rozżaleni gryfici nie pozostawili suchej nitki na arbitrze, który opisał zdarzenie w protokole, a Króla - jak wyczytaliśmy w tzw. załączniku - ukarał czerwoną kartką.

4.05.2008 Przechlewo: Brda - BAŁTYK 0:2 (0:1)

0:1 PIĘTA (45), 0:2 PIĘTA (75)

Sędzia: Tyda. Żółte kartki: PIĘTA, STYN.

BAŁTYK: Grubba - Klemczyk (76 Czuk), Pietrzyk, Martyniuk, ZYBERT – Pięta, Styn, Widzicki, POŹNIAK (70 LITWINKO) - Kudyba, Patalan (86 PETA). TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel, Stępień, Wierzchołowski.

Nierówne i twarde boisko nie sprzyjało technicznej grze, wymianie podań, a mimo to nasz zespół - świadom, że gospodarze nie mają w zwyczaju stawiać autobusu w bramce - grał po piłkarsku i trochę szkoda, że długo im przyszło pracować na pierwszego gola. W 10 min, po wrzutce Widzickiego z prawej strony, Poźniak z bliska zbyt lekko uderzył piłkę głową i Tandecki zdołał przenieść futbolówkę nad poprzeczkę. W 21 min golkiper Brdy obronił uderzenie Pięty z 16 m, w 24. akcję zainicjowaną przez Pietrzyka chciał skończyć Widzicki, lecz strzelił nieczysto z linii pola karnego i przed szansą stanął Patalan. Niestety, dosięgnął piłkę końcem buta i nie dał rady z kilku metrów wepchnąć ją między słupki. W 30 min, znowu po akcji i wrzutce brylującego w środku pola Widzickiego, Kudyba trafił z 5 m w słupek! W rewanżu Gibczyński zagrał do Kwietniewskiego, którego silny strzał z 14 m minimalnie minął bramkę Grubby. W 35 min nasz bramkarz pomylił się przy wykopie piłki i musiał się ratować wybiciem na róg. Po dośrodkowaniu z kornera zrehabilitował się świetnie odbijając uderzenie głową jednego z gospodarzy, a po chwili z pola karnego strzelał z woleja Klimowicz, ale spudłował. Właśnie tak to wyglądało - przez dłuższy okres miejscowi byli bezradni, aż raptem na przedpolu Grubby robił się kocioł.
W 40 min Pięta pięknie powalczył o piłkę na środku boiska, a następnie zagrał w pole karne do Poźniaka. W idealnej, wydawało się sytuacji, Tomek przyjął piłkę i ją natychmiast zgubił. W 43 min Kudyba nieznacznie chybił, gdy uderzył piłkę głową po dośrodkowaniu z rogu. Wreszcie w ostatnich sekundach I połowy Poźniak zatrzymał wślizgiem atak rywali, Styn rozpoczął kontrę i w tempo zagrał na lewą flankę do Patalana. Na wysokości pola karnego "Pati" przerzucił piłkę na drugę stronę, gdzie Pięta precyzyjnie z pierwszej piłki, z kilkunastu metrów przymierzył w długi róg lewą nogą. Popisowa akcja.
II połowa wyglądała podobnie, tyle że wyraźnie zmęczeni gospodarze mieli coraz mniej do powiedzenia. Jedynie w 65 min błysnął opanowaniem piłki Kwietniewski. Jego wolej wybronił Grubba, a w zamieszaniu powstałym po rogu wybijaliśmy piłkę sprzed linii bramkowej. Jeszcze w 70 min Grubba odbił kąśliwy strzał Kwietniewskiego z rzutu wolnego (niepotrzebny faul Kudyby przed linią "16") i od tej pory nasi obrońcy już nie dopuszczali do zapalnych sytuacji. Natomiast w 75 min stało się to, co powinno grubo wcześniej. Kolejna szybka akcja przyniosła rozstrzygnięcie. Poźniak zagrał wzdłuż linii bocznej do Patalana, który płasko dośrodkował. W polu karnym było trzech zawodników Bałtyku. Mimo to Tandecki nie przeciął dośrodkowania, zawahał się przy wyjściu i, by naprawić błąd, próbował gonić za piłką. Na dalszym słupku szybszy był jednak Pięta i z bliska spokojnie strzelił w krótki róg, tym razem prawą nogą.

1.05.2008 Gdynia: BAŁTYK - Murkam Przodkowo 0:0

Sędzia: A. Cyrson. Żółte kartki: ZYBERT, LITWINKO.

BAŁTYK: Grubba - Klemczyk, Pietrzyk, Martyniuk, ZYBERT (46 LITWINKO) – Styn (46 Czuk), Widzicki, Pięta, POŹNIAK (63 PETA) - Kudyba, Patalan (73 Wierzchołowski). TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel, Stępień.

Mogliśmy się spodziewać chyba każdego innego rezultatu, lecz nie bezbramkowego. Bałtyk gra na bramki, chce je zdobywać, zdarza się - ostatnio rzadziej - że je traci, ale wyniku 0:0 nie zanotował od 8 października 2005 r. (!), aż do dziś. Zresztą Murkam już po raz enty zalazł nam za skórę. Wbrew kłopotom kadrowym, zagrał roztropnie, na spokoju, konsekwentnie, oczywiście defensywnie, a oparcie znalazł w bezbłędnie interweniującym bramkarzu. Dyszkiewicz kilka razy ratował kolegów przed utratą gola, jednak nasz zespół zgubił punkty nie tylko dlatego, że marnował okazje bramkowe, lecz - może nawet przede wszystkim - że nie robił użytku z wielokroć powtarzającej się przewagi liczebnej. Trudno zliczyć ataki skrzydłami, gdy - zgodnie z planem taktycznym - nasi boczni pomocnicy i obrońcy stwarzali przewagę, z łatwością zdobywali teren i nie potrafili zwieńczyć akcji ani dokładnym dośrodkowaniem, ani groźnym strzałem, ani błyskotliwym wejściem w pole karne przodkowian. Z kolejnych dobrze zapowiadających się ataków - i to pomimo ponownie bezbarwnego występu liderów środka pola - na ogół więc wynikało wielkie nic, a mogły (powinny) z nich padać bramki. Niestety, musieliśmy zadowalać się seryjnymi rzutami rożnymi lub wolnymi, doświadczać razem z piłkarzami bicia głową w mur. Próby strzałów z dystansu, choć było kilka obiecujących, też nie przyniosły powodzenia. Biało-niebieskich, szczególnie tych młodszych, zżerały nerwy i zbyt często w ważnych momentach uciekali od odpowiedzialności. Z rywalem skupionym na destrukcji grać ciężko i tej sztuki SKS ciągle nie opanował. Mimo że gross drużyn w IV lidze stosuje metodę bunkra i jest na kim ćwiczyć... Jedynym sposobem na skruszenie muru jest gol. Im dłużej nie pada, tym większy stres, a przeciwnikowi w to graj. A poziom trudności wzrasta niepomiernie, gdy arbiter nie zauważa fauli w polu karnym (na Zybercie w 21 min i Poźniaku w 38).
Piłkarze Murkamu, kierowani z ławki przez Sławomira Skowronka, bronili się z potrzebnym do tego szczęściem, z każdą minutą trudniej im było wyjść z kontrą i tak naprawdę tylko raz poważnie zagrozili bramce Grubby - po stracie piłki na środku boiska przez Widzickiego (56 min). Darek obronił strzał Skórki. Plan Murkamu oparł się na triku odchodzącym w zapomnienie - mianowicie: indywidualnym kryciu Pięty i Widzickiego. Tego pierwszego pilnował Ćwiek, który często w ogóle nie był zainteresowany ani piłką, ani akcją. Szukał wyłącznie Wojtka. To jednak wystarczyło, aby zatrzymać Bałtyk. Inna sprawa, że gdynianie dobrze wiedzą, iż sami sobie zawdzięczają zły początek długiego weekendu.

26.04.2008 Trąbki Wielkie: Orzeł - BAŁTYK 0:1 (0:1)

0:1 PATALAN (26)

Sędzia: T. Cwalina. Żółte kartki: Guss, Dempc, Łazarski - KLEMCZYK.

BAŁTYK: Grubba - Klemczyk (82 Czuk), Pietrzyk, Martyniuk, ZYBERT – Styn (89 Wierzchołowski), Widzicki, Pięta, POŹNIAK (68 LITWINKO) - Kudyba, Patalan (82 PETA). TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel, Stępień, Leśniczak.

Wietrzne Trąbki Wielkie nie są miejscem, gdzie kibice zapełniają skromne trybuny, więc i tam liczniejszą grupę stanowili fani z Gdyni. Nie doczekaliśmy się atrakcyjnego widowiska, okazji bramkowych było jak na lekarstwo. Dominowała walka - u gospodarzy ukierunkowana na urwanie punktów wiceliderowi. Orzeł, który musiał sobie radzić bez trzech ważnych graczy: napastnika Piotrowskiego, pomocnika Radonia i obrońcy Cucha, ewidentnie celował w powtórzenie wyniku osiągniętego trzy dni wcześniej z Zatoką (0:0). Dopiero w 50 min miejscowi oddali pierwszy groźny strzał (z obrębu pola karnego) na bramkę Grubby, ale i tak ten strzał został zablokowany przez Pietrzyka. Przez 2/3 meczu Bałtyk wyraźnie przeważał, a w I połowie taktyka Orła sprawiła wręcz, iż obraz gry ograniczył się do mozolnego konstruowania ataków przez biało-niebieskich. Wprawdzie 46-letni Cybulski nie dopuszczał, żeby Gemborys za często był w opałach, lecz coś z tej przewagi musiało wyniknąć. I wyniknęło! - w 26 min Klemczyk zagrał kozłującą piłkę z prawej flanki i Patalan świetnie do niej wystartował. Z kilku metrów pokonał bramkarza, który nie zdecydował się wyjść do dośrodkowania. Wydawało się, że od tej pory będzie łatwiej o szanse bramkowe, ale było tylko odrobinę łatwiej...
Po zmianie stron gracze Orła zagrali bardziej otwarcie, oglądaliśmy już ataki z obu stron, choć ponownie obyło się bez klarownych sytuacji. Bałtyk najlepszą miał w 85 min, kiedy na indywidualną akcję zdecydował się Kudyba, który jednak - strzelając lewą nogą z 11 m - nieznacznie spudłował. Z pewnością szans byłoby więcej, gdyby wyrwali się z "dołka" nasi środkowi pomocnicy. Orzeł tymczasem najgroźniejszy był, gdy miał stałe fragmenty i gdy piłkę z autu w niezwykły, akrobatyczny sposób wyrzucał Czajkowski - z przewrotem na odległość może nawet i 40 metrów. Na szczęście jednak tym razem biało-niebiescy nie dopuścili do powtórki z Bytowa i zasłużenie, acz w skromnym wymiarze, zgarnęli całą pulę.

19.04.2008 Gdynia: BAŁTYK - Czarni Pruszcz Gdański 4:0 (3:0)

1:0 PATALAN (3), 2:0 STYN (26), 3:0 KUDYBA (35), 4:0 PIĘTA (90)

Sędzia: Łagosz. Żółta kartka: Kinecki.

BAŁTYK: Grubba - Klemczyk, Pietrzyk, Martyniuk, LITWINKO (65 KUSS) – Styn (71 Czuk), Widzicki, Pięta, POŹNIAK (52 STĘPIEŃ) - Kudyba, Patalan (55 Wierzchołowski). TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel, Peta, Leśniczak.

Jak wyliczyli koledzy z www.baltyk.gdynia.pl, Martyniuk, nasz kapitan, rozegrał dziś setny mecz ligowy w biało-niebieskich barwach. Z jubileuszem zbiegło się pożegnanie Grzesiuka z drużyną. "Levis" zaprosił kolegów na piwko, a w tym miejscu godzi się zaznaczyć, że choć za kadencji trenera Jastrzębowskiego Karol miał lepsze i gorsze okresy i przysparzał też kłopotów, nie mówiąc o tym, że kilkakroć nosił się z zamiarem porzucenia treningów, to jednak rozstaliśmy się w zgodzie. Nie wszyscy piłkarze mogą lub potrafią połączyć pracę z piłką. Karol miał z tym kłopot od dawna. Jak w sztafecie pokoleń, jego miejsce zajął młodszy o 5 lat, niższy tylko o 2 cm i lżejszy o ok. 20 kg Przemek Kuss. Seniorski debiut ma więc za sobą i teraz tylko od niego zależy, czy częściej będzie grał ze starszymi kolegami czy w juniorach.

Po słabym meczu w Bytowie w wyjściowej "jedenastce" odnotowaliśmy jedną istotną zmianę - po raz pierwszy w tym sezonie Czuk zaczął spotkanie na ławce rezerwowych. A po raz drugi, znowu z powodu kartek, zabrakło Zyberta. Gra rozpoczęła się od błędu gości, który przyniósł nam gola. Litwinko zagrał ze środka boiska, a na skraju "16" Patalan sprytnie wtrącił się między bramkarza i obrońcę. Darek stanął przed pustą bramką, strzelił płasko i trochę za lekko, bo niewiele zabrakło, aby jeden z przyjezdnych zdążył wygarnąć piłkę z linii bramkowej. Po 130 sekundach było więc 1:0 i od tej pory gdynianie zdominowali wydarzenia na boisku. Żal wielki, że strzelili jeszcze tylko 3 gole, bo lekko licząc powinni ze dwa razy więcej. Powody nieskuteczności były ewidentne - brak precyzji, niepotrzebny pośpiech i w II połowie - za mała ruchliwość. Ale mimo wszystko zwycięstwo okazałe i znowu do zera. Biało-niebiescy jakby ospale wchodzą w rundę rewanżową, lecz jeśli obecny bilans startu (13 "oczek") porównać ze słabym jesiennym (8), to przynajmniej jest nadzieja, że szczyt formy osiągną na wyższym pułapie punktowym.
Właściwie cała historia potyczki z Czarnymi to historia bramek i zapis zmarnowanych sytuacji. Patalan, Kudyba i Wierzchołowski (zwłaszcza "Kudi") mogli poprawić swój dorobek, ale psuli okazje. Obraz II połowy uratował w ostatnich sekundach Pięta, który dokładnym uderzeniem z kilkunastu metrów w długi róg wykorzystał podanie Widzickiego. Ten gol pozwolił zapomnieć o niskiej skuteczności. Bramka na 2:0 padła po akcji Patalana na lewej flance. Gdy "Pati" zagrał spod linii końcowej, obrońcy zablokowali przed bramką strzał Widzickiego, również próbę dobitki Kudyby, ale już nikt nie mógł zatrzymać silnego uderzenia Styna z 10 m. Z kolei w 36 min nasi piłkarze "rozklepali" rywali serialem podań, zwieńczonym świetną asystą Widzickiego. Kudyba znalazł się w sytuacji, w której musiał zdobyć swojego 15. gola w sezonie.
Po meczu, już w szatni, przestraszył nas Klemczyk, który źle się poczuł. Wojtek miał mdłości, które musiały być efektem zderzenia z przeciwnikiem w końcówce spotkania. Karetka zabrała Wojtka do szpitala. Wkrótce wrócił do domu.

16.04.2008 Bytów: Bytovia - BAŁTYK 1:1 (0:1)

0:1 POŹNIAK (14), 1:1 Kraska (90)

Sędzia: Kobylarz. Żółte kartki: Stanios, Łapigrowski - POŹNIAK, ZYBERT, WIERZCHOŁOWSKI.

BAŁTYK: Grubba - Klemczyk, Pietrzyk, Martyniuk, ZYBERT – Czuk (70 Grzesiuk), Widzicki, Pięta, POŹNIAK, Styn (88 Wierzchołowski) - Kudyba. TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel, Litwinko, Stępień, Patalan, Leśniczak.

Mecz zaczął się z 5-minutowym poślizgiem, bo gospodarze, nie bacząc na to, że sędziowie i biało-niebiescy ustawiają się do wejścia na boisko, przedłużyli sobie rozgrzewkę i pogadanki. Dziwny to zwyczaj, nie spotkaliśmy się z nim w żadnym innym miejscu... W takiej sytuacji arbiter nie ma możliwości wpłynięcia na spóźnialskich, więc bylibyśmy radzi, że nie czekaliśmy wspólnie całego kwadransa. Bałtyk rozpoczął w takim składzie, jak z Orlętami, na szpicy grał Kudyba, a mieli go wspierać skrzydłowi oraz w środku Pięta z Poźniakiem. Właśnie po akcji tego duetu padła bramka. Na wysokości pola karnego Wojtek zagrał do nadbiegającego Tomka i młody pomocnik natychmiast uderzył piłkę lewą nogą. Uczynił to niezbyt czysto, ale być może dzięki temu futbolówka była poza zasięgiem rąk bramkarza, odbiła się od słupka i wpadła do siatki. To pierwszy gol wychowanka Czarnych Pruszcz w biało-niebieskich barwach! I była to najlepsza okazja gdynian do zdobycia gola w całym meczu. Można się więc cieszyć, że została wykorzystana, aczkolwiek nie tak to przecież miało wyglądać.
Nasz zespół miał uważnie bronić dostępu na przedpole Grubby i szukać okazji do kontrataku. Piłkarze Bytovii, walczący szalenie ambitnie, z zębem i agresywnie, mamy wrażenie, że najbardziej agresywnie ze wszystkich naszych rywali w tym sezonie (inna sprawa, że sędzia nie zapanował nad grą faul), mieli przewagę optyczną, lecz przez długi czas nie dochodzili do czystych pozycji strzeleckich. Mimo to wyrównanie wisiało w powietrzu, ponieważ gdyńska zapora ograniczała się właściwie do dwóch osób - w 95 procentach sytuacji świetnie interweniującego Martyniuka i wspierającego go Pietrzyka. Przegrywaliśmy walkę (dosłownie: walkę) w środku pola i znowu w powietrzu, a tyczy się to również (przede wszystkim) naszego pola karnego. Szczególnie było to widoczne po przerwie, gdy w tłoku i chaosie panującym w "16" Bałtyku kilkakroć ratowało nas szczęście, innymi razy nieporadność przeciwników. Grubba nie radził sobie na przedpolu, a co chwilę w tą stronę właśnie szybowały dośrodkowania. Nie ważne, czy dobre, czy nieudane, zawsze powstawał kocioł. Kolegom z bloku obronnego nie pomagali pomocnicy. Absolutnie nie poprawiło sytuacji wejście Grzesiuka, który - zamiast dzielić i rządzić w powietrznych pojedynkach - kilkoma błędami wręcz potęgował zagrożenie. I wreszcie stało się - w czwartej minucie doliczego czasu (ostatecznie II połowa była dłuższa o 6 minut), miejscowi mieli rzut z autu. Do piłki wrzuconej w pole karne nie doskoczył Grubba, piłka poleciała na dalszy słupek, a tam stał Kraska...
Jeszcze przed końcowym gwizdkiem Wierzchołowski stanął przed szansą, lecz kiedy na linii "16" minął zwodem ostatniego obrońcę, wolał poszukać kontaktu z jego nogą, niestety.

12.04.2008 Gdynia: BAŁTYK - Orlęta Reda 1:0 (0:0)

1:0 STĘPIEŃ (90)

Sędzia: Jankowicz. Żółte kartki: ZYBERT, ŻEMOJTEL - Trocki, Gutkowski, Wasielewski.

BAŁTYK: Grubba - Klemczyk, Pietrzyk, Martyniuk, ZYBERT (70 LITWINKO) – Czuk (70 STĘPIEŃ), Widzicki, Pięta, POŹNIAK (37 PETA), Styn (81 Grzesiuk) - Kudyba. TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel, Patalan, Wierzchołowski.

Po raz trzeci w tym sezonie Bałtyk zwyciężył 1:0 dzięki bramce w ostatnich sekundach. W Przodkowie mężem opatrznościowym był junior Kozerkiewicz, w Czarnym - Kudyba, a dziś żelazny rezerwowy - Stępień. "Toudi" trafił do siatki, gdy trwała trzecia, ostatnia minuta doliczonego czasu. Po kolejnej wrzutce - a zliczyć byłoby je trudno - w pole karne do "główki" wyskoczył Grzesiuk i oczywiście wygrał powietrzny pojedynek. Piłka spadła pod nogi obrońcy Orląt, który w ferworze walki i na swoje nieszczęście kopnął ją w kierunku stojącego w pobliżu Tomka. - Piłka uderzyła mnie w kolano, odskoczyła i natychmiast dziubnąłem ją końcem buta. Do bramki miałem jakieś pięć metrów. Patrzyłem jak futbolówka wtacza się obok zaskoczonego Rybanda... - opowiadał najniższy piłkarz na boisku. 30 sekund później arbiter gwizdnął po raz ostatni!
Pozornie wygląda to na szczęśliwe zwycięstwo, lecz nic bardziej mylnego. To goście do 92 min utrzymywali fartowny i korzystny dla nich remis. Słabsza dyspozycja większości zawodników SKS nie powinna przesłaniać faktu, że od początku do końca gra toczyła się na połowie redzian, którzy jeden, jedyny raz poważnie zagrozili bramce Grubby. W 9 min Klemczyk popełnił banalny błąd i ratował się faulem. Luliński strzelił silnie z ok. 25 m, ale Darek przeniósł piłkę nad poprzeczką. I to byłoby na tyle... Tymczasem biało-niebiescy atakowali, jednak ewidentnie to nie był ich dzień. Tym razem sprawiedliwy od czasu do czasu los nie chciał, aby powtórzyła się historia z jesieni, kiedy nasz zespół również fatalnie zagrał z Orlętami i za karę poległ, mimo że rywale byli rzadkimi gośćmi na przedpolu "Grubego". Nie da się ukryć, że Bałtyk nie potrafi grać z tak defensywnie ustawionym i konsekwentnie trwającym w antyfutbolu przeciwnikiem. Jednak tym razem gdynianie nie dali się skontrować, a długowłosy Szudrowicz, cieszący się opinią przebojowego napastnika, nie stanowił żadnego zagrożenia. Szkoda tylko, że i nasi piłkarze mieli kłopot z rozpracowaniem obrony z Redy. Grali zbyt ospale, anemicznie, również nerwowo, a do tego przegrywali istotną w takim meczu walkę w powietrzu. O braku efektów z mnożących się stałych fragmentów lepiej nie pisać. Bodaj tylko dwa razy zdecydowanym pressingiem wymusili na gościach błędy i stratę piłki i niemal natychmiast stworzyli okazje bramkowe (np. pudło Pięty po zagraniu Styna w 29 min).
Najlepszą okazję w I połowie zmarnował Peta, który w 45 min uderzył lewą nogą z pierwszej piłki po dośrodkowaniu Czuka. Gdyby przyjął piłkę, prawdopodobnie nie miałby problemu z trafieniem do siatki. W 77 min Kudyba pędził sam na bramkę Rybanda, ale chyba zabrakło mu sił i uderzenie z 16 m w długi róg nie było groźne. Jeszcze w 90 min "Kudi" minimalnie spudłował głową. Jak na dłoni widać, że cały zespół ma kłopot ze zdobywaniem goli. Tego akurat za kadencji Jerzego Jastrzębowskiego jeszcze nie było. Dla przeciwwagi dodajmy, że Bałtyk wygrał 13 z ostatnich 15 meczów w lidze, a wiosną już w 3 spotkaniach nie stracił gola. Przez całą rundę jesienną udało się to nam tylko czterokrotnie.

5.04.2008 Puck: Zatoka - BAŁTYK 5:0 (2:0)

1:0 Hartman (7-głową), 2:0 Smarzyński (19-głową), 3:0 Lesner (74-głową), 4:0 Kazubowski (84), 5:0 Lesner (90)
W 13 min Smarzyński nie wykorzystał rzutu karnego (obrona Grubby).

Sędzia: Bator. Żółta kartka: Semak.

BAŁTYK: Grubba - LITWINKO (46 POŹNIAK), Pietrzyk, Martyniuk, ZYBERT (60 Klemczyk) – Czuk, Widzicki, Pięta, Styn (75 Grzesiuk) - Kudyba, Patalan (60 PETA). TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel, Stępień, Wierzchołowski.

Koniec zwycięskiej passy (komplet punktów w 9 grach) nastąpił w najgorszym momencie, a i okoliczności utraty fotela lidera były zawstydzające. Jednak, wbrew suchemu wynikowi, z pewnością nie kompromitujące. Bałtyk, mimo że był gościem i mimo że źle czuje się na tak słabych boiskach jak to w Pucku, od początku zagrał z otwartą przyłbicą i ofensywnie. W 3 min, po faulu Komorowskiego na Czuku, Pięta dośrodkował z rzutu wolnego, a Kudyba uderzył piłkę głową. To mógł być gol. Niestety, futbolówka przeleciała tuż obok słupka. Do feralnej 7 min nasz zespół kilkakroć inicjował ataki, a wystarczyła jedna kontra, aby gospodarze objęli prowadzenie. Lewą flanką popędził niewątpliwy bohater meczu, Smarzyński. Zybert biegł obok, i tak towarzyszył "Smoleniowi" może i przez 30 m... Jakby obawiał się sfaulować byłego lidera biało-niebieskich. Aż wreszcie skrzydłowy Zatoki uznał, że czas posłać piłkę w pole karne. Wrzutka z narożnika boiska to była raczej taka "świeca" na wysokości trzeciej kondygnacji. Niestety, piłka poszybowała na dalszy słupek bramki Bałtyku, gdzie z ostrego kąta postanowił "główkować" Hartman. Tylko Grubba wie, dlaczego nie przeciął dośrodkowania i jakim cudem dał się zaskoczyć napastnikowi, który dopiero niedawno wrócił do gry po ciężkiej kontuzji (zerwanie więzadeł krzyżowych). Dzień przed spotkaniem Szymon odgrażał się, że ma patent na SKS... Tak właśnie zaczęły się nasze nieszczęścia.
W 13 min pucczanie wykonywali rzut wolny. W polu karnym Pietrzyk wystartował do piłki razem z Hartmanem, który nagle padł jak rażony gromem. Sytuacja z gatunku kontrowersyjnych, jakich obserwujemy mnóstwo. Istotny był tylko fakt, że sędzia zareagował błyskawicznie wskazując na wapno. Za wykonanie "jedenastki" zabrał się Smarzyński, ale jego strzał pięknie obronił Grubba. Minęło 60 sekund, a po akcji Pięty i rykoszecie piłka trafiła w poprzeczkę. W 17 min, po kolejnym dośrodkowaniu Pięty z rzutu wolnego, przed szansą stanął Patalan. Strzelił z woleja z 6 m i trafił w obrońcę. Nasi piłkarze reklamowali zagranie ręką, ale wydaje się, że zbyt pochopnie. W rewanżu chyba najniższy na boisku Rambiert efektownie wyskoczył do główki, ale uderzył niecelnie. To było ostrzeżenie, które gdynianie zlekceważyli. W 19 min Grubba źle wznowił grę. Miejscowi w prezencie dostali wyrzut piłki z autu, a po chwili wywalczyli rzut rożny. Lewą nogą, ostro na bliższy słupek zagrywał B. Adamus, a Smarzyński ubiegł naszych obrońców, skoczył jak z trampoliny i zdobył być może jedyną tego rodzaju bramkę w swojej karierze. Nie dziwi więc, że od tej pory podopieczni Adama Adamusa korzystali z broni, którą opanowali już całkiem dobrze, mianowicie, z kontrataku. Do końca I połowy stworzyli sobie jedną doskonałą okazję - w 44 min Adamus wystartował do prostopadłego podania Smarzyńskiego i... minimalnie chybił w sytuacji sam na sam. Bałtyk w tym czasie miał co najmniej cztery (!) dobre okazje bramkowe, ale - tak jak w spotkaniach z Arką II i Powiślem - nic nie chciało wpaść. 21 min - Pięta myli się o centymetry z rzutu wolnego z 17 m, 22 min - Widzicki pudłuje z 18 m, 26 min - dośrodkowuje Litwinko, a Styn strzela głową z 5 m prosto w ręce Biecke, 28 min - wrzutkę Widzickiego w pole karne ewidentnie zatrzymuje ręką zawodnik z nr 9 (arbiter patrzył i nie zobaczył), 43 min - znowu Pięta z wolnego i ponownie "główkuje" Kudyba (oczywiście broni nasz wychowanek), 45 min - 200-procentowa szansa Styna. Tym razem Biecke nie miał szans i nawet nie zareagował. Radek nie dalej niż pięć metrów od bramki dostał znakomite podanie i miał tylko trafić w światło bramki. Dziś wiemy, że nie trafił.

Pod jednym względem mecz na szczycie był wyjątkowy. Dostarczył ogromnej dawki emocji. Po przerwie było ich ciut mniej, a dla nas skończyły się w 74 min. Zatoka zagrała uważniej w tyłach, a przy tym z odpowiednią dawką ostrości, jednak biało-niebiescy mimo to mieli okazje, aby jeszcze odwrócić losy potyczki. W 70 min, po wolnym Pięty, Pietrzyk z czystej pozycji przeniósł piłkę głową nad poprzeczką. Trzy minuty później przed ogromną szansą na kontaktowego gola stanął Peta, lecz w sytuacji sam na sam strzelił prosto w golkipera. Gdy marnuje się takie okazje, trudno o punkty. Poza tym coś takiego lubi się mścić. I się zemściło po kilkudziesięciu sekundach. Lesner wbiegł między dwóch obrońców, przelobował wybiegającego Grubbę, tyle że trafił w poprzeczkę. Młody napastnik jednak czujnie śledził lot piłki i natychmiast się poprawił - rzucił się szczupakiem i... ostatnia nadzieja umarła. W tym momencie Bałtyk pękł. Co prawda była jeszcze szansa Poźniaka (jego strzał obronił Biecke), jeszcze Grzesiuk starał się dobrze wypełnić rolę stojącego na szpicy napastnika, jednak to piłkarze nowego lidera bezlitośnie potrafili wykorzystać gafy naszej obrony. Ostatnią, w trzeciej minucie doliczonego czasu, popełnił Pietrzyk, który praktycznie zagrał do przeciwnika. Bolesna to nauczka, ale wierzymy, że nasi piłkarze wyciągną z niej wnioski.

29.03.2008 Gdynia: BAŁTYK - Powiśle Dzierzgoń 2:0 (2:0)

1:0 PIĘTA (23), 2:0 KUDYBA (28-głową)

Sędzia: Filipczyk. Żółte kartki: Augustynowicz, Opałka (2x), Mioduński. Czerwona: Opałka (64).

BAŁTYK: Grubba - LITWINKO (82 Klemczyk), Pietrzyk, Martyniuk, ZYBERT (64 POŹNIAK) – Czuk (80 PETA), Widzicki, Pięta, Styn - Kudyba, Patalan (86 Wierzchołowski). TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel, Grzesiuk, Knioch.

250. występ Bałtyku na boiskach IV ligi przyniósł mu 9. z rzędu zwycięstwo. Takiej passy biało-niebiescy nie mieli od wiosny 1999. Mecz zapowiadał się jako trudny, bo w 2007 r. "jedenastka" z Dzierzgonia zabrała nam aż 5 punktów (2:2 i 0:2), jednak po otwierającym kwadransie, w którym goście kilkakroć szukali szczęścia w kontrataku (już w 40. sekundzie Jakubczyk niewiele spudłował z 16 m), biało-niebiescy całkowicie zdominowali wydarzenia na murawie. Sygnałem do ataku była akcja zapoczątkowana przez Patalana w 16 min. Kiedy Kudyba wybiegł sam na Wasiewskiego, z odsieczą bramkarzowi przyszedł Augustynowicz, którego błąd zresztą sprowokował całą sytuację. Stoper Powiśla chwycił "Kudiego" za koszulkę (warto zajrzeć do fotorelacji) i tak trzymając przez kilka metrów doprowadził Darka do upadku, już w obrębie "16". W myśl nowych interpretacji przepisów nie jest istotne, że obrońca faulował jeszcze przed linią pola karnego. Kluczowy jest fakt, że napastnik został przewrócony w polu karnym. Jednak pal licho rzut karny (skończyło się bowiem na rzucie wolnym z 17 m), o wiele bardziej zdumiewająca była druga decyzja arbitra - Augustynowicz zobaczył żółtą kartkę!!! Mimo że okoliczności przewinienia wręcz zmuszały p. Filipczyka do sięgnięcia po kartonik czerwony.
Zazwyczaj słyszymy, że działacze, trenerzy i piłkarze nie znają przepisów i przez to wywołują burzę w szklance wody. Okazało się, że zdarzają się również sędziowie odporni na elementarne zapisy... Tym bardziej, iż w 62 min na środku boiska Opałka, który wcześniej otrzymał żółtą kartkę za nieparlamentarne komentarze, uderzył Zyberta łokciem twarz. Skaczący do "główki" Dawid mocno ucierpiał, premedytację snajpera Powiśla widzieli wszyscy, a tymczasem arbiter wyciągnął żółtą kartkę. Opałka co prawda i tak został wykluczony, ale przecież za faule tego rodzaju wykluczenie jest automatyczne. Nawet trener Tarnowski nie ukrywał złości na zachowanie swojego napastnika.
Wracamy jednak do zdarzeń zdecydowanie miłych, a takimi były efektowne gole. Oba padły po elementach starannie szlifowanych podczas treningów. W 23 min Czuk pognał prawą flanką, aż zagrał na 16. metr do Pięty. Nabiegający Wojtek spojrzał jak ustawiony jest Wasiewski i pięknie (nie na siłę) uderzył z woleja po koźle i precyzyjnie tuż przy słupku. Bramkarz gości nawet nie ruszył do piłki. To pierwsze trafienie Pięty w barwach SKS i jakże efektowne! W 28 min efektownie Wasiewski odbił uderzenie Widzickiego z 18 m, lecz w tej samej minucie skapitulował po dośrodkowaniu Styna z kornera. Na bliższym słupku Patalan podbił futbolówkę głową, a jeszcze zagranie przedłużył Kudyba. Ładnie to wyglądało! W 39 min popisowa akcja w trójkącie Zybert - Kudyba - Patalan powinna skończyć się kolejną bramką, ale "Pati" okrutnie spudłował z 7 m. Natomiast po przerwie, przy wyraźnej przewadze, marnowali szanse, by nie napisać patałaszyli już wszyscy nasi zawodnicy. Trochę żal, bo zasłużyli na dużo wyższą wygraną. Inna sprawa, iż po długiej przerwie brakuje podopiecznym trenera Jastrzębowskiego kontaktu z naturalną trawą. Ów brak fatalnie odbija się na precyzji zagrań.

16.03.2008 Gdynia: BAŁTYK - Arka II Gdynia 1:0 (0:0)

1:0 STYN (80-głową)

Sędzia: Piasecki. Żółte kartki: CZUK - Kazimierczak, Robakowski.

BAŁTYK: Grubba - Czuk, Pietrzyk, Martyniuk, ZYBERT – Styn, Widzicki, Pięta, POŹNIAK (60 PETA) - Kudyba (89 Wierzchołowski), Patalan (76 LITWINKO). TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel, Grzesiuk, Kuss, Stępień.

Ostatnie - przynajmniej na jakiś czas - derby Gdyni pomiędzy Bałtykiem a drugim zespołem Arki przyniosły zasłużone, acz wymęczone zwycięstwo biało-niebieskich. W naszym zespole zadebiutowali Pietrzyk, Pięta i Poźniak, a Wierzchołowski wystąpił w barwach SKS po przerwie trwającej ponad 5 lat. Z powodu kontuzji nie mogli zagrać Klemczyk i Knioch. Skład gości, nie licząc Nawrocika w ataku, był oparty na juniorach (rocznik 1990), mistrzach jesieni PLJA. M.in. zobaczyliśmy Bułkę, Czoskę i Wilczyńskiego, którzy trenowali z I drużyną w Turcji. Żal, że zabrakło Białasa, ponoć przyszłego gracza Serie A (Reggina). Młodzi arkowcy (notabene tylko trzech nastolatków w podstawowej "11" to wychowankowie), zaprezentowali się godnie, rozpoczęli zaskakująco udanie, grając szybko, nowocześnie, twardo, po męsku, bez holowania piłki. Można było odnieść wrażenie, że nie ciąży im presja wyniku i publiczności (bo Bałtykowi na pewno ciążyła) i to oni pierwsi zdobyli gola. Tyle, że ze spalonego. Kombinacyjną akcję Nawrocik zakończył uderzeniem z 14 m pod poprzeczkę, ale ci wszyscy, którzy siedzieli na wysokości akcji, nie mieli wątpliwości co do ofsajdu. Gwizdek zresztą zabrzmiał jeszcze przed strzałem i nerwy trenera Dziubińskiego były niepotrzebne.
Mimo że były napastnik Lecha Poznań nie wyróżniał się na tle IV-ligowców, właśnie on - jako jedyny z gości -strzelał celnie na bramkę Grubby (44, 75 i 87 min), przy czym Darek za każdym razem pewnie bronił. Dodajmy, że jednak bliżej szczęścia był w doliczonym czasie Felisiak, którego wolej z 12 m minął dalszy słupek naszej bramki. W końcówce, co jest naszą pięta achillesową, Bałtyk oddał inicjatywę rywalom i stąd wzięło się kilka nerwowych minut, a sędzia - z powodu wtargnięcia chuliganów z nasypu kolejowego na obiekt GOSiR - przedłużył derby o dodatkowe sześć.

Akcji bramkowych po stronie biało-niebieskich naliczyliśmy kilkanaście, pierwszą już w 1 min (pudło Pietrzyka po dośrodkowaniu Piętu z rzutu wolnego), a stuprocentowych bodaj cztery, jednak w tym dniu skuteczność nie była atutem Bałtyku. Chociażby w 28 min aż trzech zawodników znalazło się w polu karnym przed osamotnionym golkiperem (niespełna 18-letni Kuć), jednak stojący tylem do bramki Kudyba fatalnie przyjął piłkę. W 21 i 34 min - po kornerach Pięty - Styn nie wykorzystał błędu Kucia i strzelił z bliską głową nad poprzeczką, Widzicki dla odmiany przemierzył w poprzeczkę. W 44 min Pięta sprytnie zagrał przed polem karnym do wbiegającego w "16" Poźniaka i debiutant miał tylko trafić w światło bramki. Niestety, nie trafił. W 59 min wydawało się, że gol już padł. Patalan wystartował do prostopadłego podania, ubiegł bramkarza, przelobował go, jednak Kowol ambitnie popędził za futbolówką i wybił z ją linii bramkowej...
Po godzinie gry trener Jastrzębowski wprowadził Petę za Poźniaka (Styn mógł przenieść się prawej flanki na ulubioną lewą), a kwadrans później Litwinko zastąpił "Patiego", dzięki czemu Czuk przeszedł do pomocy. I właśnie jego dośrodkowanie z prawej strony (wcześniej Nawrocik stracił piłkę ok. 30 m od własnej bramki) Styn zamienił na gola. Kuć nie przeciął dośrodkowania i stało się to, co powinno dużo wcześniej. Nasi rywale popełniali sporo błędów w obronie, lecz aż do 80 min bezkarnie.
Oglądnęliśmy dobry mecz, na boisku trwała sportowa walka, bez zbytecznego napięcia, bez złośliwości. Rywalizowali koledzy z tego samego miasta i z tego samego stadionu. Piłkarze obu drużyn okazali się odporni na nienawiść sączącą się z torów, gdzie od 15 min grupa chuliganów szykowała się do ataku. Nie piszemy, że to kibice Arki, bo gdyby tak było, z pewnością zainteresowaliby się grą młodych arkowców i wsparli ich dopingiem. Co ciekawe, sprzedaliśmy 46 biletów na sektor gości. Na trybunę weszło chyba siedmiu sympatyków żółto-niebieskich.

18.11.2007 Gdynia: BAŁTYK - Polonez Bobrowniki 7:1 (6:0)

1:0 WIDZICKI (25), 2:0 KUDYBA (25), 3:0 PATALAN (29), 4:0 PATALAN (33), 5:0 KUŹMIŃCZUK (37), 6:0 STYN (39-głową), 7:0 KUDYBA (59-głową), 7:1 Zagórowski (83)

Sędzia: Kuczkowski. Żółta kartka: Jarowski.

BAŁTYK: Grubba - Klemczyk, LITWINKO (60 Król), Martyniuk, ZYBERT (60 STĘPIEŃ) – Czuk (60 KOZERKIEWICZ), Widzicki, Kuźmińczuk, STYN - Kudyba, Patalan (83 SUMIONKA). TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel.

Jesienne zakończenie wypadło bardzo okazale, bo i wynik najwyższy w sezonie, i kibice zadowoleni (po ostatnim gwizdku urządzili krótki pokaz fajerwerków), i pogoda zaskakująco przyjazna. A gra na boisku ze sztuczną nawierzchnią była tyleż atutem biało-niebieskich (preferowała umiejętności czysto piłkarskie), ile koniecznością, ponieważ murawa "A" była niczym gąbka. Poza tym część placu ciągle pozostawała pod śnieżną kołdrą.
Od początku przewaga Bałtyku była przygniatająca. Kudyba w 3 min, Widzicki (4), Styn (5), Zybert (8), Patalan (9 i 16) byli bliscy zdobycia bramki, jednak albo pudłowali, albo przytomnie interweniował Bąk. Zasadniczo w I połowie 90 procent czasu gry spędziliśmy na... połowie beniaminka, a procent posiadania piłki niewiele się różnił. Gol był kwestią czasu i kiedy już piłka wpadła do siatki, to prawem serii wpadała sześć razy w ciągu 14 minut! To też rekord sezonu. Podobnie jak liczba rzutów rożnych wykonywanych przez Bałtyk - 17. Przyjemnie oglądało się falowe ataki SKS i, mimo że rywale byli bezradni i chyba przedwcześnie pogodzeni z losem, również im byliśmy wdzięczni za współudział w widowisku, bo nie psuli go faulami, grą na czas, udawaniem, wyrazami frustracji itp. Już w 30 min, z powodu kontuzji, opuścił boisko grający w ataku Rubinowicz, kapitan Poloneza, a jeszcze przed przerwą trener Tadeusz Wanat junior dokonał następnej zmiany, zaś w przerwie kolejne dwie. Między słupkami stanął doświadczony Dworak, jednak to raczej nie korekty w składzie gości, lecz przesadne hamowanie gdynian sprawiło, że rekord Czarnych Czarne (12:1) - przez moment zagrożony (w maju było tylko 5:0 po 45 minutach) - ostatecznie nie został zaatakowany. Żal kilku szans (m.in. Widzicki, Stępień, Kudyba), szkoda, że zmiennicy nie podkręcili tempa i że w 83 min jedna z nielicznych akcji Poloneza przyniosła mu honorowe trafienie. Atak składny, rywale wymienili kilka podań, jednak bierność naszych obrońców była niezrozumiała. W efekcie passa "Grubego" (376 minut na czysto) dobiegła końca. A tak padały bramki dla nas...
1:0 - Klemczyk wyrzuca piłkę z autu do Widzickiego, który wbiega do środka i sprzed linii 16 m strzela lewą nogą nie do obrony. 2:0 - Widzicki strzela z ponad 20 m, tyle że uderzenie blokują stojący w polu karnym Patalan z Kudybą. Ten drugi opanował piłkę i skierował ją do siatki. 3:0 - po błędzie bramkarza Patalan dobija z bliska strzał Kuźmińczuka z ok. 25 m. 4:0 - z kilku metrów Patalan wepchnął piłkę do bramki po świetnym dograniu Styna z lewej flanki. Można rzec, że "Pati" dostał od Bąka i Radka dwa piękne prezenty na 30. urodziny (od kibiców było "Sto lat"). 5:0 - obrońcy przerwali akcję Widzickiego, lecz przejął piłkę Kuźmińczuk, dwoma dryblingami przygotował sobie pozycję do strzału i z ok. 20 m przymierzył aż miło. Futbolówka odbiła się jeszcze od słupka. 6:0 - "główka" Styna (przelobował Bąka) po dośrodkowaniu Kuźmińczuka. 7:0 - wrzutka Klemczyka i "główka" Kudyby, który na 10. metrze uprzedził Dworaka. To 13. gol "Kudiego", wicelidera strzelców. Do najskuteczniejszego Piotrowskiego z Trąbek brakuje mu jednego trafienia.

10.11.2007 Czarne: Czarni - BAŁTYK 0:1 (0:0)

0:1 KUDYBA (90-głową)

Sędzia: Bator. Żółte kartki: Pałubicki - GRZESIUK, PATALAN, ZYBERT.

BAŁTYK: Grubba - Klemczyk, Martyniuk, Grzesiuk (46 Kuźmińczuk), ZYBERT - Czuk (66 KOZERKIEWICZ), LITWINKO, Widzicki, Styn - Kudyba, Patalan (66 Król). TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel, Sumionka, Stępień.

Gdy patrzy się na grę piłkarzy z Czarnego, na ich umiejętności indywidualne, względnie ich brak, można pomyśleć, że i tak uzbierali dotąd sporo punktów, ale na szczeblu IV ligi tak już jest, że nawet bardzo słaby przeciwnik potrafi napytać biedy faworytowi. Dosłownie zabrakło sekund, abyśmy stracili z outsiderem dwa cenne punkty. Uratował je Kudyba w trzeciej minucie doliczonego czasu. Darek, który akurat w sobotę zaliczył najsłabsze zawody w rundzie, zrobił to, czego wszyscy oczekują od napastnika. Zdobył gola, na dodatek pięknego, w najbardziej pożądanym momencie. Świetnie wyskoczył do dośrodkowania Styna z rzutu rożnego na bliższy słupek i uderzeniem głową pokonał Handla, który z dobrym skutkiem zastępował pierwszego golkipera Czarnych, Nowickiego (pauza za czerwoną kartkę). Gol "Kudiego" to nagroda dla zespołu za pracę wykonaną w II połowie, gdy gospodarze zostali zepchnięci na własną połowę i zmuszeni do desperackiej obrony. Mimo podmokłego i generalnie złego stanu murawy gdynianie próbowali kombinacyjnej gry w ataku, kilkakroć rozmontowali defensywę Czarnych, lecz piłka jakoś nie chciała wpaść do bramki. Dość powiedzieć, że w 78 min - po zagraniu Zyberta spod linii końcowej - Król pechowo trafił w Handla mając metr do bramki. A kiedy w 87 min Kuźmińczuk z rzutu wolnego z 18 m strzelił w słupek wydawało się, że tego niefarta nie przełamiemy.
Miejscowi, gdy Bałtyk atakował, szukali szczęścia w kontrataku i - gdyby mieli lepszych piłkarzy - pewnie jedną z szans wykorzystaliby. Najmocniej zadrżały nam serca w 82 min, kiedy, po stracie Kozerkiewicza, Grubba ratował kolegów, broniąc uderzenie z 10 m. Po przerwie widowisko było naprawdę emocjonujące, żal jedynie, że jego otoczka była żenująca. Garstka kibiców, z których chamstwo wylewało się uszami, psuła atmosferę zażartej walki, a już poniżej krytyki było zachowanie niektórych panów, którzy mieli za złe naszemu fotoreporterowi, że podawał piłkę bramkarzowi Czarnych, gdy wyleciała daleko za pole gry. Bo trzeba wiedzieć, że Czarni od początku kradli sekundy i minuty, wykorzystując fakt, że za obiema bramkami są rozległe place, a - oczywiście - nikt piłki podawać nie zamierzał. Za bramką Bałtyku czynili to nasi rezerwowi, za bramką Czarnych nie było szans, ponieważ arbiter nie pozwolił na to Sumionce. W tych okolicznościach zupełnie więc nie znajdowaliśmy zrozumienia dla rozgoryczonych fanów, którzy twierdzili, że arbiter bezpodstawnie przedłużył spotkanie.
Nerwów nie byłoby, gdyby nasz zespół potrafił ułożyć sobie mecz w I połowie. Niestety, Bałtyk miał akurat w tym dniu zbyt wiele słabych ogniw, aby szybko sprowadzić do parteru zdeterminowanych rywali. Nie funkcjonowała chociażby prawa flanka. Przed przerwą żal było szansy Styna w 8 min (strzał w słupek z 12 m po zagraniu Czuka) i sytuacji sam na sam Patalana w 34 min (prostopadłe podanie Widzickiego), w której refleksem wykazał się Handel. Uzyskaniu większej przewagi i płynności akcji z pewnością przysłużyło się wprowadzenie Kuźmińczuka za Grzesiuka, który niebiezpiecznie pracował na drugą żółtą kartkę (i tak wykluczył się z występu przeciwko Polonezowi), a równocześnie przesunięcie Litwinki do obrony. Nasz najmłodszy zawodnik przeżywa drobny kryzys i chyba łatwiej mu grać obok Martyniuka niż dźwigać ciężar odpowiedzialności w środku pola.

3.11.2007 Gdynia: BAŁTYK - Gryf 95 Słupsk 1:0 (1:0)

1:0 STYN (20)

Sędzia: Walendziak. Żółte kartki: KUŹMIŃCZUK - Jędrzejak, Wólczyński, Kaczmarek.

BAŁTYK: Grubba - Klemczyk, Martyniuk, Grzesiuk, Czuk - STĘPIEŃ (89 KOZERKIEWICZ), LITWINKO, Widzicki, Styn - Kudyba, Patalan (82 Kuźmińczuk). TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Kurzepa, Król, Siemaszko.

Mecz podwyższonego ryzyka, rekordowa frekwencja (ok. 600 osób), dodatkowe emocje i walka biało-niebieskich o utrzymanie fotela lidera. Na koniec zwycięstwo, jedni powiedzą, że zasłużone, inni, że szczęśliwe, pewnie większość się zgodzi, że Bałtyk rozegrał przeciętne spotkanie, jednak jest bardzo prawdopodobne, że właśnie sobotnia, prestiżowa - w oczach kibiców - wygrana zapewni nam tytuł mistrzów jesieni... A na początku, jeszcze przed pierwszym gwizdkiem, mieliśmy trochę nerwów, bo kibice ze Słupska przyjechali aż półtora godziny przed meczem, gdy na boisku "A" grali jeszcze rugbiści, natomiast sędziów z Malborka - dla odmiany - zobaczyliśmy dopiero 20 minut przed grą. Już się martwiliśmy, że będzie kłopot. Piłkarze zaczęli jednak zgodnie z planem, aczkolwiek gdynianie nie do końca, bo początek mieli słaby, jakby byli stremowani niecodzienną oprawą widowiska.
Klamrą spinającą wydarzenia na boisku były interwencje Grubby, który w czwartek skończył 30 lat. W 2 min Darek bardzo źle łapał piłkę uderzoną z 16 m i ze strachem w oczach patrzyliśmy jak futbolówka (na szczęście) mija słupek. Z kolei w 89 min "Gruby" uratował zespół przed stratą cennych punktów, wygrywając sytuację sam na sam z Kaczmarkiem. Cała sytuacja wzięła się zresztą z banalnego błędu Martyniuka (nieudany wykop) na linii środkowej. Goście wyszli z kontrą, przed polem karnym wymienili kilka podań i naprawdę sytuację mieli wymarzoną, zdecydowanie najlepszą w całym meczu i... ostatnią, bo cztery minuty - doliczone przez arbitra - nie przyniosły nic ciekawego.
W I połowie więcej z gry miał nasz zespół, a pierwszą dobrą okazję stworzył w 14 min, po akcji Widzicki - Styn - Kudyba. Niestety, ten ostatni, gdy przełożył piłkę z lewej nogi na prawą nie zdecydował się na strzał i wielka szansa prysła. W 20 min, po dośrodkowaniu z rzutu rożnego, słupszczanie za krótko wybili piłkę i ta, po "główce" Widzickiego, wróciła na dziesiąty metr, prosto pod nogi Styna. Radek odwrócił się i strzelił mądrze - płasko, niezbyt mocno, ale precyzyjnie. Piechota, mimo parady, nie dosięgnął futbolówki. W 25 min, po prostopadłym zagraniu, Patalan pędził na bramkę Gryfa, jednak nie poradził sobie z ostatnim obrońcą, W 32 min 33-letni golkiper obronił strzał Kudyby z 18 m i wreszcie w 42. - po akcji Styn - Kudyba - Widzicki - Patalan - nie doczekaliśmy się uderzenia na bramkę, mimo że aż trzech gdynian powinni spróbować. Po przerwie przewaga optyczna należała do przyjedznych, którzy - nie ma co ukrywać - musieli ruszyć do przodu, mając za swoimi plecami ok. 150 fanów. Jedynie w 82 min Bałtyk miał dogodną okazję, by podwyższyć wynik, ale Kudyba minimalnie chybił, strzelając w tzw. długi róg. Gryf potrafi grać w piłkę, kilkakroć kombinacyjne ataki naruszały gdyński mur, tyle że udawało się obrońcom blokować strzały. Udało się również w 84 min, gdy na przedpolu Grubby powstało wielkie zamieszanie. W tłoku Kaczmarek, stojąc tyłem do bramki, przewrócił się o nogi leżącego obrońcy i natychmiast słupszczanie żądali "jedenastki". Sędzia ukarał gryfitę kartką, co obecny na meczu Henryk Klocek, prezes Pomorskiego ZPN, uznał za decyzję absolutnie słuszną. Dodajmy, że 25 października pan Walendziak został ukarany przed Wydział Dyscypliny PoZPN miesięczną dyskwalifikacją za błędy w innym meczu, ale odwołał się, przez co wykonanie kary zostało wstrzymane.
Na zbiórce przed meczem nie pojawił się Milewski. W związku z tym, że Sebastian po raz drugi nadużył zaufania, trener Jastrzębowski wykluczył 18-letniego napastnika z IV-ligowej kadry.

27.10.2007 Tczew: TKP - BAŁTYK 0:4 (0:1)

0:1 KUDYBA (35), 0:2 WIDZICKI (65), 0:3 KUŹMIŃCZUK (80-karny), 0:4 STĘPIEŃ (87)

Sędzia: P. Cwalina. Żółte kartki: Merchut - ZYBERT (2x). Czerwone: Staniszewski (79) - ZYBERT (70)

BAŁTYK: Grubba - Klemczyk, Martyniuk, Grzesiuk (89 Król), ZYBERT - Czuk, LITWINKO (81 STĘPIEŃ), Widzicki, Styn - Kudyba, Patalan (72 Kuźmińczuk). TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Kurzepa, Kozerkiewicz, Milewski, Siemaszko.

Zaczęliśmy w składzie, jak z Lechią II i Orkanem, ale teraz już wiemy, że z Gryfem 95 to nie będzie możliwe, bo Zybert dostał w Tczewie trzecią i czwartą żółtą kartkę. Obie za ostre faule, których Dawid popełniać nie musiał. Co ciekawe, to dopiero drugie wykluczenie piłkarza Bałtyku w całym 2007 roku (w maju w Bytowie również dwie żółte zobaczył Grzesiuk). Zaczęliśmy, dodajmy jeszcze, na nieprzygotowanym boisku, jakby gospodarze uznali (zresztą niesłusznie), że nierówny plac gry zniweluje przewagę biało-niebieskich pod względem czysto piłkarskim. Już w 30 sekundzie, po szarży Czuka, Bałtyk wykonywał rzut rożny, a w 150. - pierwszy rzut wolny (Grzesiuk minimalnie chybił z 18 m). Jednak w 6 min, po dośrodkowaniu z rogu, dała o sobie znać niefrasobliwość naszych obrońców. Lizak oszukał ich i strzelił z kilku metrów. Na szczęście spudłował. Potem jeszcze Grzesiuk zupełnie bez powodu nastrzelił rywala i tylko wybieg Grubby uchronił nas przed sytuacją sam na sam (10 min), a trzy minuty później znowu "Lewis" sprowokował zagrożenie. Widać, nie służyła mu "ciężka" murawa. Poza tym atakował Bałtyk...
Zanim skapitulował młody Krawcewicz (zastąpił Świderskiego), Kudyba trzykrotnie próbował go pokonać uderzeniami głową (w 12 min gol powinien paść!), a Widzicki dwa razy zatrudniał golkipera TKP strzałami zza linii 16 m. Bramka wisiała w powietrzu i wreszcie padła. Być może dlatego, że Zybert, po kolejnym złym wykonaniu kornera, zrezygnował i do narożnika pofatygował się Styn. Jego wrzutkę na 10. metr Grzesiuk przyjął na pierś i natychmiast zagrał do Kudyby, który z bliska nie miał problemu z pokonaniem Krawcewicza (10. gol w sezonie!). Zatem 1:0, a po chwili mogło być 2:0, lecz strzał Martyniuka - po świetnej akcji z Czukiem - minimalnie minął cel. Za to w 47 min wydawało się, że gol musi być. Patalan otrzymał piłkę kilka metrów przed bramką, jednak strzelił prosto w rzucającego się bramkarza. Po tej akcji obserwowaliśmy chwilowy zryw miejscowych, lecz akurat w tym dniu zupełnie nie mieli pomysłu ani możliwości, aby narobić gdynianom kłopotów. Kiedy w wielkim zamieszaniu na polu karnym gospodarzy Widzicki wykazał się stoickim spokojem i z ok. 12 m precyzyjnie, tuż przy słupku, skierował piłkę do siatki, było jasne, że trzy punkty biało-niebiescy zabiorą do Gdyni. Nie przeszkodziło im w ogóle wykluczenie Zyberta, wręcz pomogło, bo w defensywie grali z większym oddaniem i pewnością. Dzięki temu nadarzały się okazje do kontrataku.
W 79 min Staniszewski zwyczajnie "machnął się", nie trafił w piłkę i Kudyba popędził sam w kierunku bramki Krawcewicza. Kiedy szykował się do minięcia golkipera, ostatni obrońca TKP próbował naprawić swój błąd i... popełnił drugi. Sfaulował Darka, za co należała mu się czerwona kartka, a dla SKS - rzut karny. Wykorzystał go Kuźmińczuk, który tym samym wrócił do roli egzekutora po wpadce Grzesiuka w meczu z Lechią II. Procent skuteczności strzałów z 11 m wzrósł nam więc do 50 (3/6). Do końcowego gwizdka nasz zespół miał bodaj cztery świetne okazje bramkowe, z których wykorzystał jedną. Po zagraniu Czuka Stępień strzelił celnie z ostrego kąta. 4:0 to minimum, ale bardzo miłe minimum. Dało nam pozycję samodzielnego lidera.

20.10.2007 Gdynia: BAŁTYK - Orkan Rumia 3:2 (2:0)

1:0 STYN (4), 2:0 KUDYBA (24), 2:1 Skwiercz (55), 2:2 Kłos (67-rożny), 3:2 KUDYBA (73-głową)

Sędzia: T. Cwalina. Żółte kartki: MARTYNIUK - Gussmann, R. Siemaszko, Ł. Hebel, Skwiercz, Kozłowski.

BAŁTYK: Grubba - Klemczyk, Martyniuk, Grzesiuk, ZYBERT - Czuk (70 Kuźmińczuk), LITWINKO, Widzicki, Styn - Kudyba, Patalan. TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Kurzepa, Król, Kozerkiewicz, M. Siemaszko, Stępień, Milewski.

Po raz ostatni tak złych warunków do gry i oglądania jej doświadczyliśmy bodaj... 20 lat temu, gdy I-ligowy Bałtyk remisował 0:0 z GKS Katowice, a na trybunach nie było najpewniej ani jednej suchej nitki. Jedynym wybawieniem dla widowiska sportowego była w tym dniu gra na sztucznej nawierzchni. Na boisku "A", jeśli jeszcze jakimś cudem można było rozpocząć mecz, bez wątpienia po 40 minutach i wściekłym gradobiciu futbol byłby już niemożliwy. Mimo wrednej aury, która wybrała sobie za cel akurat mecz na szczycie, gdyńscy kibice i zorganizowana grupa z Rumi (w I połowie stojąca na torach) obejrzeli szybkie, emocjonujące spotkanie. Od ponad roku dramaturgia jest stałą cechą spotkań z udziałem biało-niebieskich i w sobotę również jej nie zabrakło. Z przebiegu wydarzeń i sądząc po liczbie okazji bramkowych, zwycięstwo SKS nie powinno podlegać dyskusji i różnica dwóch bramek wydawała się minimum, a mimo to był moment, gdy drżeliśmy o remis. Nasi piłkarze wciąż muszą uczyć się odpowiedzialności za wynik i za każdą akcję przez pełne 90 minut... Dziesiątki razy przekonywaliśmy się, że jedna pomyłka może zniweczyć ogromny trud całego zespołu.
Właśnie takie przykre odczucia towarzyszyły nam w 67 min, kiedy lewonożny Kłos posłał "rogala" z rzutu rożnego. Piłka przeleciała nad rękoma Grubby, odbiła się od dalszego słupka, od ramion stojącego przy nim Zyberta i wpadła do siatki. Gol piękny, na dodatek dający gościom remis, choć w ogóle na to nie zasługiwali. Ale właśnie taki jest futbol. Gdynianom nie pomogła nawet wiedza, że stałe fragmenty, wykonywane przez Kłosa, to najgroźniejsza broń rumian. Natomiast 12 minut wcześniej straciliśmy bramkę po koronkowej akcji Orkana. Z bliska trafił do siatki Skwiercz, który pojawił się na placu gry zaledwie kilkadziesiąt sekund wcześniej i którego Jarosław Kotas posłał do ataku, mimo że to obrońca. To zresztą nie jedyna pokerowa zagrywka trenera Orkana, który w przerwie zmienił bramkarza (niepewnie interweniującego Dudę zastąpił Ferra), a w końcówce za środkowego obrońcę i kapitana, Ferę posłał łowcę goli, D. Hebla. Goście zaczęli wtedy grać dwójką w tyłach, z indywidualnym kryciem Patalana i Kudyby, jednak - oprócz kilku rzutów wolnych -nie dało im to żadnego konkretnego efektu. Nie mieli sił. Tymczasem mogliśmy oczekiwać, że nasz zespół szybciej przypieczętuje sukces... Przecież dwie świetne okazje po podaniach Widzickiego i Kudyby zmarnował Kuźmińczuk (szczególnie pierwsza była wymarzona), a za faul na Patalanie (6 m od bramki był trzymany za koszulkę) rzut karny należał się nam jak psu zupa.
Do końcowego gwizdka mieliśmy kłopot z wykorzystaniem sytuacji, a niepotrzebne nerwy wzięły się stąd, że drugą połowę SKS zaczął zbyt spokojnie, a już przy stanie 2:1 nie zakończył golami kilku kontrataków. Szanse marnowali i świetny w sobotę Kudyba, i Patalan, który w tygodniu zmagał się z zapaleniem zatok. Nasi napastnicy na głowę bili rywali szybkością, jednak w decydujących momentach nie mieli w sobie ani krzty zimnej krwi. Dobre jednak to, co się dobrze kończy!
A najlepszy w wykonaniu bałtykowców był początek. Objęli prowadzenie w 4 min, gdy Klemczyk dośrodkował w pole karne z rzutu wolnego niemal ze środka boiska. Do wrzutki, aż na skraj "16" niepotrzebnie wybiegł Duda, który nie przebił się w tłoku, a piłka trafiła prosto na nogę Styna. Radek z około 8 m sprytnie uderzył z woleja i piłka lobem wpadła do pustej bramki, ale nad głową stojącego przed linią obrońcy. Defensywa gości popełniała sporo błędów i szkoda, że już w I połowie nasz zespół nie rozstrzygnął losów meczu. Piękna byłaby bramka, gdyby w 17 min - po rzucie rożnym - "główka" Kudyby, zamiast uderzyć w poprzeczkę, poszybowałaby odrobinę niżej. W 24 min Darek, nasz "czołg" - po dalekiem zagraniu, bodaj Grzesiuka - przyjął piłkę, przebił się między dwoma rywalami i już w polu karnym spokojnie przymierzył w długi róg. Być może nieco wcześniej, gdy szarżował Patalan i metr przed linią "16" ściął go Gussmann, należała się czerwona kartka, jednak i bez tego wynik mógł być wyższy. A złoty gol, dający nam bezcenne punkty, padł po dośrodkowaniu Klemczyka z prawej flanki i świetnej "główce" Kudyby (po koźle), który w swoim stylu wyskoczył tak, że przeciwnikowi odechciało się walki w powietrzu.

14.10.2007 Gdańsk: Lechia II - BAŁTYK 1:3 (1:0)

1:0 Gładczuk (15), 1:1 KLEMCZYK (53-głową), 1:2 KUŹMIŃCZUK (75), 1:3 PATALAN (90)

Sędzia: Piasecki. Żółte kartki: LITWINKO, STYN, WIDZICKI.

BAŁTYK: Grubba - Klemczyk, Martyniuk, Grzesiuk, ZYBERT - Czuk (46 Kuźmińczuk), LITWINKO, Widzicki, Styn - Kudyba, Patalan. TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Kurzepa, Król, Kozerkiewicz, Milewski, Siemaszko, Stępień.

To że biało-zieloni przystąpili do gry bez graczy znanych z boisk II ligi, nie było równoznaczne z tym, że będzie łatwo. Wojtkiewicz, Osłowski, Hirsz, Kawa czy wypożyczony z Bałtyku Peta w IV lidze z pewnością nie są ułomkami. Jednocześnie świetnie czują się na małym, pardon, bardzo małym sztucznym boisku, którego twardość i niska elastyczność świadczą, że ktoś - budując taki plac gry w roku 2007 - zrobił wielki żart... Przez cały tydzień nasi piłkarze byli uczulani na szczególne warunki gry, a mimo to w 4 i 14 min biało-zieloni zaskoczyli gdynian po rzutach z autu. Obie sytuacje mogły/powinny skończyć się utratą gola. Najpierw, po strzale z kilku metrów, uratował nas słupek, a za drugim razem Grubba instynktownie wyciągnął rękę po woleju Pety z kilku metrów i dzięki temu futbolówka poleciała na poprzeczkę. Jednak był róg. Trener krzyczał, aby obrońca (Klemczyk) pomógł Litwince, który przy krótkim słupku przepychał się z Gładczukiem. Pomoc nie przyszła, Osłowski niezbyt mocno zacentrował, Gładczuk trącił piłkę i zaskoczony Grubba wbił ją sobie do bramki. Niesamowite, ale w naszym stylu.
Dosłownie 60 sekund później Kudyba został sfaulowany w polu karnym. Arbiter poczekał, czy Styn zrobi użytek z podania "Kudiego" (słaby strzał prosto w bramkarza) i dopiero wtedy użył gwizdka i wskazał na 11. metr. Grzesiuk, który wykorzystał rzut karny tydzień wcześniej z Olimpią, tym razem nie mógł uderzyć bardziej czytelnie. Mina więc zrzedła nam jeszcze mocniej, ale do końca było dużo czasu. Do przerwy jednak z ataków Bałtyku nie wynikało nic konktretnego, zbyt rzadko strzelaliśmy, a jeśli już, to słabo. Właśnie tak w 35 i 42 min Styn marnował dogodne okazje. Po przerwie jednak Radek był lokomotywą naszych ataków.
Niewątpliwie pomogła również zmiana Czuka i przesunięcie Klemczyka na prawą pomoc. Wreszcie gra skrzydłami wyglądała tak, jak powinna. Gospodarze do końca meczu zajmowali się już tylko obroną i szukaniem okazji do kontry w wybijaniu piłki na oślep. Na szczęście Martyniuk do spółki z Litwinko i Grzesiukiem "czyścili" prawie wszystko. W 53 min, na lewej flance, Widzicki zagrał do Styna, ten dośrodkował, a Klemczyk pięknie wyszedł do "główki". W 68 min, po kolejnej wrzutce Styna, Klemczyk strzelił z ostrego kąta prosto w bramkarza, choć aż się prosiło, żeby zagrał na środek pola karnego. Za to w 75 min nie powtórzył błędu. Po serii zablokowanych strzałów, "Bambo" w polu karnym wycofał na 14. metr do Kuźmińczuka. Płaski strzał znalazł drogę do siatki i SKS prowadził 2:1! Nieco wcześniej dobrą szansę zmarnował Patalan, a potem sędzia nie dojrzał ewidentnej ręki lechisty w "16". Natomiast w 77 min powinien być rzut karny za faul na Patalanie. Pan Piasecki też nie zareagował. Trudno pojąć dlaczego. Choć akurat tą sytuację tłumaczyliśmy sobie, że sekundę wcześniej sam "Pati", walcząc o piłkę, nieco rozpychał się... W 83 min, po akcji Styna z Klemczykiem, przed szansą stanął Kuźmińczuk, lecz znowu zobaczyliśmy lekki strzał - dosłownie z 7 m! I wreszcie w doliczonym czasie Widzicki zagrał do Klemczyka, Wojtek dośrodkował, Styn "główkował" w słupek, a skutecznie poprawił z bliska Patalan. 20-osobowa grupka fanów Bałtyku mogła już bez obaw świętować zasłużony sukces. To piąte zwycięstwo w 6 ostatnich kolejkach.

6.10.2007 Gdynia: BAŁTYK - Olimpia Sztum 3:1 (0:0)

1:0 PATALAN (49),1:1 Nadolny (66), 2:1 GRZESIUK (86-karny), 3:1 ŁUKASIAK (90)

Sędzia: Kobylarz. Żółte kartki: ZYBERT, PATALAN - Damaszke.

BAŁTYK: Grubba - Klemczyk (74 Kuźmińczuk), Król, Grzesiuk, ZYBERT - Czuk, LITWINKO, Martyniuk, Styn - Kudyba, Patalan (89 Łukasiak). TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel, Kozerkiewicz, Siemaszko, Stępień.

Goście przyjechali w najsilniejszym składzie, m.in. ze środkowymi obrońcami, których pozyskaniem byliśmy zainteresowani zimą (Gębarowski) i latem br. (M. Pietroń), więc było wiadomo, że poprzeczka wisi wysoko. Tym bardziej, że Olimpia - mimo że rozpoczęła mecz ostrożnie i defensywnie - potrafi grać w piłkę. Jednak Bałtyk to typ, który lubi takich przeciwników, lubi zespoły, które nie kopią piłki na oślep i nie szukają gola przypadkowymi akcjami.
Do 33 min i rajdu Styna, po którym idealną sytuację zmarnował Patalan (obrona Talika), pewnie nikt nie zdziwiłby się, gdyby biało-niebiescy prowadzili co najmniej 2:0. W 8 min, po dośrodkowaniu z kornera, Martyniukowi zabrakło centymetrów, aby wepchnąć piłkę z bliska do siatki. W 12 min w polu karnym Patalan przyjął na pierś wrzutkę Zyberta, lecz jego strzał z półobrotu instynktownie odbił Talik. W 18 min, po następnym rogu, goście dwukrotnie wybijali piłkę sprzed linii bramkowej, a w 25., gdy znowu Zybert wykonywał rzut rożny, "główka" Grzesiuka przeleciała tuż nad poprzeczką... Bałtyk więc atakował, natomiast Olimpia cierpliwie czekała na kontrę. Kilka szans zepsuła niedokładnymi podaniami, aż w 39 min doczekała się pierwszego poważnego błędu naszej obrony. Wybijaliśmy rzut wolny ze środka boiska, piłkę zagraną w pole karne Olimpii przejęli rywale i jedno prostopadłe podanie wystarczyło, aby Chmielewski znalazł się sam przed Grubbą. Na szczęście 40-metrowa szarża sprawiła, że w decydującym momencie stracił "parę" i jego strzał zdążył zablokować biegnący z odsieczą Król, który - takie mamy wrażenie - coraz więcej przyjemności odnajduje w roli środkowego obrońcy. A w tej roli, o czym Łukasz wie, trener Jastrzębowski widzi go nie tylko teraz, z konieczności (kontuzje i odejście Jarzembowskiego), ale też w dalszej przyszłości.
II połowa rozpoczęła się od akcji Patalana, który w 49 min przebił się w polu karnym przez dwóch obrońców i świetnie strzelił w długi róg bramki Talika. Stracony gol podziałał na przyjezdnych jak czerwona płachta na byka, tymczasem Bałtyk niepotrzebnie oddał inicjatywę. W 59 min Kwiatkowski oszukał obronę sprytnym wykonaniem rzutu wolnego i tylko Grubbie zawdzięczaliśmy, że strzał Nadolnego nie wylądował w siatce. Minutę po tym, po akcji Czuk-Kudyba-Patalan, znowu refleksem błysnął Talik, jednak przewaga sztumian rosła. W 66 min Kwiatkowski, który przeszedł na prawą flankę, wykorzystał bierność Styna i Zyberta, na pełnej szybkości wbiegł w pole karne (zgubił Grzesiuka) i znakomicie wystawił piłkę Nadolnemu. Kilka chwil i mogło być 1:2. Uderzenie Honorego z 16 m wybił z linii bramkowej Król... W 76 min ponownie na przeszkodzie stanął nam 34-letni golkiper Olimpii. Z drugiej strony Kudyba miał tyle czasu i miejsca, że powinien pokonać Talika. Strzał na siłę prosto w bramkarza był złym pomysłem. Darek jednak zrehabilitował się w 85 min, gdy swą walecznością i nieustępliwością "załatwił" drużynie karnego. "Kudi" przejął podanie od Kuźmińczuka (zastąpił Klemczyka, który prosił o zmianę) i dośrodkował do Patalana. Razem z "Patim" do piłki wystartowali Talik i Malinowski. Ten ostatni, leżąc po wślizgu, nie zauważył, iż za plecami ma piłkę i ewidentnie zagarnął ją ręką. Pech, ale też zero wątpliwości. Do karnego podszedł Grzesiuk, który dużo wcześniej sygnalizował kłopoty ze zdrowiem, lecz mimo to dotrwał do ostatniego gwizdka. W stresowej sytuacji mocnym, płaskim strzałem dał nam prowadzenie (piłka odbiła się od słupka!). To czwarta "jedenastka" dla biało-niebieskich w tym sezonie i dopiero druga wykorzystana.
Olimpia znowu natarła, znowu przeżywaliśmy katusze, jednak w trzeciej minucie doliczonego czasu Martyniuk zdołał w tłoku zagrać na skrzydło, do Kuźmińczuka. Ten skorzystał, że ma wielki plac przed sobą, popędził na pole karne i świetnie zagrał do wbiegającego Łukasiaka. Marcin strzelił w krótki róg, futbolówka odbiła się od słupka i zatrzepotała w siatce!

29.09.2007 Wejherowo: Gryf - BAŁTYK 2:0 (1:0)

1:0 Kozłowski (19), 2:0 Gronowski (52-karny)

Sędzia: Bartosik. Żółte kartki: Wolszleger, Kurdziel, Czarnocki, Jezierski - GRZESIUK, STYN.

BAŁTYK: Grubba - Klemczyk, Ł. Król, Grzesiuk, ZYBERT (60 STĘPIEŃ) - Czuk, LITWINKO, Kuźmińczuk (46 MILEWSKI), Styn - Kudyba, Patalan (73 KOZERKIEWICZ). TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel, Siemaszko.

Zaczęliśmy ten mecz słabo i tak - w zwolnionym tempie i bez odrobiny agresywności - graliśmy do końca. Bo trudno, to wie każdy, kto uprawiał sport, zmienić nastawienie w trakcie gry. Nawet w sytuacji, gdy przeciwnik jest słaby, tudzież - bo akurat w tym dniu tak było - ciut lepszy, a z pewnością daleko bardziej zaangażowany i zmotywowany. Pierwszy gol był kuriozalny i nie da się ukryć, że pobudził chaotycznych dotąd żółto-czarnych do jeszcze większej walki. Atakujący lewą flanką Kozłowski ściął do środka i strzelił prawą nogą (jako obiecujący junior Arki zawsze wyróżniał się grą... lewą nogą). Na drodze do siatki piłka lekko odbiła się od któregoś z gryfitów i jeszcze na czwartym metrze skozłowała. Na nierówności zmieniła tor lotu i przeleciała obok głowy zdezorientowanego Grubby. Pech ogromny.
W 26 min sędzia asystent zasygnalizował pozycję spaloną, główny - szybko gwizdnął, Grubba nie interweniował, lecz Gronowski strzelił z 14 m do siatki. Naszym zdaniem, ofsajdu nie było i być może powinno być 2:0 dla miejscowych. Być może też arbiter, świadom swego błędu, w 52 min chciał się zrehabilitować (jak dzień wcześniej sędzia Zyro w meczu z Bełchatowem oddał Legii to, co jej wcześniej zabrał) i podyktował "jedenastkę" za rzekomy faul Grzesiuka na Gronowskim. Na skraju pola karnego "Grono" sprytnie rzucił się na nogi Karola, gdy ten wybijał już piłkę. Pan Bartosik znajdował się od akcji co najmniej 20 m... Inna sprawa, że kolejnej pechowej dla nas sytuacji w ogóle nie byłoby, gdyby Zybert nie zrobił kiksu i zwyczajnie wybił w pole niegroźną wrzutkę.
Dodać trzeba, że jeszcze tylko w 36 min, po szarży Kozłowskiego, Grubba był w opałach. Poza tym, oprócz ambicji, waleczności i konsekwencji w defensywie, Gryf niczego nie pokazał. Grubba był praktycznie bezrobotny. Dlatego ta porażka jest tak bolesna. Sam mecz był słaby, składnych akcji w wykonaniu obu drużyn nie zobaczyliśmy więcej niż palców u ręki. SKS zawiódł na całej linii. Optyczna przewaga niczego nie przynosiła, a częściej Szlaga - niepewnymi interwencjami - sam sobie robił kłopot, niż nasi zawodnicy jemu. Wolej Kuźmińczuka z 20 m (36 min) czy akcja Patalana (62) to były wyjątki. Bałtyk chciał, ale nie mógł. Być może dlatego, że na boisku zabrakło lidera, osoby, która w trudnym momencie pobudziłaby partnerów do walki. Kuźmińczuk się w tej roli nie sprawdza, Martyniuk leczy kontuzję, natomiast Widzicki zostawił klub i wybrał kolejny etap tournee reprezentacji w futsalu.

22.09.2007 Gdynia: BAŁTYK - Brda Przechlewo 5:1 (1:0)

1:0 GRZESIUK (30), 2:0 PATALAN (57-głową), 3:0 KUDYBA (61), 4:0 GRZESIUK (72), 4:1 Gibczyński (76), 5:1 KUDYBA (80-głową)

Sędzia: Bator. Żółte kartki: KLEMCZYK, GRZESIUK - Klimowicz, M. Król.

BAŁTYK: Grubba - Klemczyk, Ł. Król, Grzesiuk, ZYBERT - Czuk (76 MILEWSKI), LITWINKO (73 STĘPIEŃ), Kuźmińczuk, Styn - Kudyba (83 Siemaszko), Patalan (70 KOZERKIEWICZ). TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel.

Kłopoty kadrowe i spokojna praca najwyraźniej wzmacniają biało-niebieskich, którzy odnieśli trzecie z rzędu i najwyższe w sezonie zwycięstwo. A jeśli dodać, że stało się tak w momencie, gdy Jerzy Jastrzębowski miał przed Brdą wybór aż o pięć nazwisk mniejszy (Gronowski, Jarzembowski, Łukasiak, Martyniuk, Widzicki) od tego na starcie rozgrywek, okazuje się, iż SKS posiada wystarczające rezerwy. Zarazem jednak nie wolno uciec od reflekcji, że team z Przechlewa nie przypomina tego z rundy wiosennej i też grał osłabiony, bez swojego kapitana (M. Wirkus), tylko z trójką rezerwowych z pola. Goście stawiali opór jedynie do momentu utraty pierwszego gola. Wydarzenia, jak w Przodkowie, toczyły się pod nasze dyktando, tyle, że dla odmiany boisko GOSiR umożliwia grę w futbol, a jednocześnie - poprzez dość szybko zdobytą bramkę - udało się Bałtykowi zmusić rywala do "otwarcia się". Gdy tak się stało, a zwłaszcza kiedy ubytek sił u gości zaczął być widoczny, gole posypały się jak z rogu obfitości.
W 30 min Czuk wykonywał rzut rożny. Obrońcy wybili piłkę z obrębu "16", ale wróciła tam ona po zagraniu Kuźmińczuka. Zawodnik Brdy zagrał głową prosto do Grzesiuka, który zdecydował się na płaski strzał z 14 m. Uderzona w długi róg piłka była poza zasięgiem ramion Tandeckiego. W 36 min duet najlepszych zawodników Brdy, Gibczyński - Kwietniewski, przeprowadził jedyną groźną akcję przyjezdnych w I połowie (niecelne uderzenie głową). Właśnie ta dwójka maczała palce w honorowym trafieniu w 76 min. Wobec przesadnego rozluźnienia obrońców Gibczyński strzelił z 3-4 m po płaskim dośrodkowaniu kolegi z ataku. Aby pozostać wiernym zdarzeniom, dodajmy, że w 66 min Gibczyński podał do Kwietniewskiego, który zmarnował sytuację sam na sam (Grzesiuk wybił piłkę z linii bramkowej), a w 71 min, po faulu Zyberta na Gibczyńskim, Kwietniewski trafił w poprzeczkę z rzutu wolnego z 20 m. We dwóch jednak trudno o punkty.
Inna sprawa, że po przerwie - do 72 min - nasz zespół powinien zdobyć nie trzy, a, lekko licząc, sześć goli. Na bramkę Tandeckiego sunął atak za atakiem. Albo bronił bramkarz, albo nasi pudłowali. Rekord pobił Kudyba w 68 min, kiedy Patalan oszukał dwóch obrońców i zagrał do "Kudiego" na środek pola karnego. Był on, bezradny Tandecki na linii i piłka. Skończyło się pudłem... A bramki padały w taki oto sposób: 2:0 - Tandecki źle piąstkuje wrzutkę z rogu, z 14. metra strzela Król, a "Pati" przedłuża strzał głową. 3:0 - akcja rozegrana po brazylijsku. Czuk przed polem karnym do Kuźmińczuka, ten na lewą stronę między obrońcami do Patalana, a Darek do środka do Kudyby przed którym bramka stanęła otworem. Jak dotąd, gol sezonu. 4:0 - Kudyba do Czuka, który podciągnął prawą flanką, pobawił się z obrońcą, po czym odegrał do Klemczyka. Wojtek zobaczył, że na środku czeka Grzesiuk. Nie atakowany przez rywali "Lewis" przyjął futbolówkę i grzmotnął z 25 m. Na ten widok Tandecki zaniechał myśl o jakiejkolwiek reakcji. 5:1 - efektowna "główka" najlepszego snajpera ligi (obok Piotrowskiego z Trąbek) po dośrodkowaniu Klemczyka. Miło było zobaczyć.

16.09.2007 Przodkowo: Murkam - BAŁTYK 0:1 (0:0)

0:1 KOZERKIEWICZ (90)

Sędzia: Filipczyk. Żółte kartki: Banaszak, Mazurkiewicz - PATALAN.

BAŁTYK: Grubba - Czuk, Klemczyk (46 Siemaszko), Łukasiak (48 Król), ZYBERT - STĘPIEŃ (46 KOZERKIEWICZ), LITWINKO, Kuźmińczuk, Styn - Kudyba, Patalan. TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel, Milewski.

To zwycięstwo dowodzi, że nic tak nie mobilizuje jak piętrzące się kłopoty. Bez Jarzembowskiego, Martyniuka (kontuzje), Widzickiego (wybrał futsal) i nie trenującego drugi tydzień Grzesiuka, który nawet w dniu meczu zostawił kolegów, tłumacząc się pracą, biało-niebiescy pokazali charakter. Nasz zespół atakował i szukał gola od pierwszego do ostatniego gwizdka. Ambicja, determinacja i zaciętość w ofensywie sprawiły, że zdziesiątkowana formacja obronna nie była tak obciążona jak zazwyczaj i po raz pierwszy w sezonie zakończyła mecz na zero. Nie podłamały gdynian kontuzje Klemczyka i Łukasiaka, z konieczności wyznaczonych na środek obrony. "Bambo" tuż przed przerwą padł ofiarą chamskiego zachowania Pawłowskiego, który w polu karnym (gra akurat toczyła się w innym sektorze boiska) nastąpił na stopę naszego obrońcy. Sędzia asystent nie zauważył faulu bez piłki, a Wojtek nie był w stanie wyjść na drugą połowę. Natomiast tuż po jej rozpoczęciu ból w pachwinie nie pozwolił kontynuować gry Łukasiakowi. Od tego więc momentu role środkowych obrońców pełnili 17-latek Litwinko i... Król, dla którego jednak pozycja stopera nowinką nie jest. Był przecież obrońcą aż do końca wieku juniora i trochę dłużej. Nieopierzony pomocnik do spółki z napastnikiem, który z powodów zawodowych nie trenował przez cały tydzień, nie dopuścili do straty gola, aczkolwiek nie ma co ukrywać, że w 83 min mieliśmy masę szczęścia. 18-letni Wlazło, stojąc kilka metrów przed bramką Grubby, nie trafił w piłkę spadającą - jak się zdawało - prosto na jego nogę.
To była jedyna tak dogodna szansa gospodarzy. Jeszcze w 9 min - uderzeniem z rzutu wolnego z 20 m - Banaszak sprawił Grubbie kłopot. Poza tym - nic. Murkam, w oparciu o wybijanie piłki do przodu przez obrońców (bardzo pewny w interwencjach Golecki osiągnął w tej materii mistrzostwo), szukał szczęścia w chaotycznych próbach kontrataku. A nuż się uda. W maju, gdy przegraliśmy w Przodkowie 0:1, udało się. Teraz nie, ponieważ byliśmy lepsi i wreszcie do nas uśmiechnęła się fortuna. Jakby ten łut szczęścia wynagrodził piłkarzom trud włożony w walkę i pogoń na najgorszym i najmniejszym boisku w IV lidze. Jak dobrze, że wcześniej nie padało, bo gra na takim placu jawiłaby się niczym koszmar.
Złoty gol padł po świetnie wyprowadzonym kontrataku. Siemaszko przejął futbolówkę na lewej flance i dokładnie zagrał z własnej połowy do pędzącego prawym skrzydłem Kozerkiewicza. Mateusz, rozgrywający drugi mecz w IV lidze, miał dzięki temu sporo miejsca. Przed polem karnym chciał dośrodkować na dalszy słupek, lecz trafił piłką w nogę obrońcy... I ta piłka poszybowała w... górny róg bramki zaskoczonego Dyszkiewicza, który wcześniej kilkoma przytomnymi interwencjami ratował miejscowych (zwłaszcza przy stałych fragmentach imponował refleksem i spokojem). Najwięcej farta miał w 40 min, kiedy Czuk - głową z 20. metra - zagrał piłkę w pole bramkowe. Stał tam niepilnowany Styn i miał jedynie zdrowo przyłożyć. Niestety, z 3-4 metrów lekko podał do zdezorientowanego golkipera. Radek zresztą powinien dać nam prowadzenie również w 82 min, kiedy z własnej połowy wyprowadził kontratak. Przed polem karnym mieliśmy sytuację trzech na dwóch, ale Styn postanowił uderzać z 18 m, co uczynił fatalnie.

8.09.2007 Gdynia: BAŁTYK - Orzeł Trąbki Wielkie 2:1 (1:0)

1:0 WIDZICKI (41), 1:1 Piotrowski (57), 2:1 STYN (67)

Sędzia: Jankowicz. Żółte kartki: Cuch, Radoń.

BAŁTYK: Grubba - Klemczyk, JARZEMBOWSKI, Grzesiuk, ZYBERT - Czuk, LITWINKO (74 Łukasiak), Widzicki, Styn - Kudyba, Patalan (88 Król). TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel, Siemaszko, Stępień, Kuźmińczuk, Milewski.

Trudna, jak się okazuje, do zdiagnozowania kontuzja Martyniuka i choroba słabo ostatnio dysponowanego Kuźmińczuka, a przede wszystkim serial czterech gier bez zwycięstwa (co zdarzyło się po raz pierwszy za kadencji trenera Jastrzębowskiego) spowodowały konieczność zmian w składzie biało-niebieskich. Po raz pierwszy w tym sezonie rozpoczęliśmy mecz z trzema młodzieżowcami (w tym dwóch juniorów), Litwinko został przesunięty do linii pomocy (tam zresztą grał w juniorach), a dużym kredytem zaufania trener obdarzył Grzesiuka, który - po całym tygodniu bez treningu - otrzymał zadanie indywidualnego krycia najwyższego i najskuteczniejszego zawodnika gości, Piotrowskiego. I "Lewis" wywiązywał się z powierzonej roli przyzwoicie, nie złapał kartki, lecz ubytek sił u niego był tyleż widoczny, ile zrozumiały. To zresztą był jego pierwszy występ w podstawowej "11" od 30 maja.
Bałtyk rozpoczął z impetem, jakiego oczekiwaliśmy. W tym sezonie tak dobrego wejścia w mecz gdynianie nie mieli. W I połowie niepodzielnie panowali na boisku, przez co rzadko denerwowaliśmy się o nasze tyły. Wyjątkami były dobra wrzutka Cybulskiego z rzutu wolnego (efektowne piąstkowanie Grubby), strzał Piotrowskiego z 18 m (pewna obrona) i niezakończony strzałem kontratak tuż przed przerwą. Z przewagi jednak nie zawsze biorą się gole. Akurat w każdej naszej akcji czegoś brakowało, najczęściej precyzji. Poza tym obrona Orła sprawiała dobre wrażenie. Oszmaniec dał się zaskoczyć dopiero w 39 min, gdy Styn dośrodkował z rzutu rożnego. Piłka trafiła pod nogi Widzickiego, który silnie i celnie strzelił płasko z 10 m. Radość w zespole była ogromna, a zaraz mogła być jeszcze większa, ponieważ w 42 min, po dośrodkowaniu Zyberta z kornera, młody golkiper Orła instynktownie odbił nad poprzeczkę uderzenie Kudyby głową. Natomiast w 43 min Patalan skierował futbolówkę do siatki po zagraniu Grzesiuka głową, ale sędzia asystent - naszym zdaniem niesłusznie - zasygnalizował ofsajd.
Po zmianie stron goście postanowili ratować punkty i niespodziewanie już po 12 minutach udało im się to. Pozostawiony bez opieki Piotrowski strzelił sprzed linii pola karnego. Piłka poszybowała w górny róg bramki Grubby i jeszcze odbiła się od słupka. Piękny gol. Jak pamiętamy, rok temu (Bałtyk - Orzeł 3:1) zespół z Trąbek również zdobył efektowną bramkę z dystansu (Mierzejewski). Biało-niebieskich jednak ta strata nie stłamsiła. Już po 120 sekundach i akcji Patalana z Czukiem świetnie główkował Styn, ale Oszmaniec ponownie błysnął refleksem. W 67 min, po płaskim dograniu Czuka z prawej flanki, wbiegający na siódmy metr Styn - płaskim uderzeniem - przywrócił drużynie prowadzenie. Tym samym ukoronował swój dobry występ, bo przecież ostatnio lewa strona SKS była martwa. Później skromne prowadzenie mogło urosnąć, gdyby tylko kolejne szarże szalejącego na prawym skrzydle Czuka kończyły się lepszymi dośrodkowaniami. Stanęło więc na 2:1 i chcielibyśmy bardzo, aby sobotnie przełamanie pozwoliło drużynie piąć się w tabeli.

2.09.2007 Pruszcz Gdański: Czarni - BAŁTYK 1:1 (0:1)

0:1 KUDYBA (35), 1:1 Kempiński (82)

Sędzia: Wądołowski. Żółte kartki: Ł. Poźniak (rezerwowy), Kurowski - JARZEMBOWSKI, ZYBERT.

BAŁTYK: Grubba - Klemczyk, JARZEMBOWSKI, Martyniuk (59 Łukasiak), LITWINKO – Czuk, Kuźmińczuk, Widzicki, Styn (69 ZYBERT) - Kudyba (73 Król), Patalan (64 MILEWSKI). TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel, Grzesiuk, Stępień.

Bałtyk przystępował do meczu z obawami, ponieważ nie było pewności, czy kontuzja Martyniuka (mimo że nie było po niej śladu) została wyleczona w stu procentach, a oprócz tego martwiła niedyspozycja duetu napastników, Kudyby (uraz mięśnia czworogłowego) i Patalana (gorączka). Cała trójka, wbrew kłopotom, chciała grać i wesprzeć kolegów. Z całą trójką - dopóki znajdowała się na boisku - Bałtyk grał słabo, ale prowadził 1:0. Gdy ich zabrakło, uciekły dwa punkty. Zmiennicy nie potrafili utrzymać minimalnej przewagi, którą z przeciwnikiem pokroju Czarnych utrzymać powinni. Nie doszło więc do przełamania, na które liczyliśmy po wpadce w Redzie. W 82 min nasz blok obronny został rozmontowany przez dwóch 17-latków - stojący na linii "16" Kwasny zgrał piłką piersią do Kempińskiego, który łatwo uwolnił się od opieki i celnie strzelił lewą nogą z 10 m. To była pochodna zamętu, który rósł w naszych szeregach w końcowym kwadransie mimo tego, że trener Jastrzębowski posłał do boju czterech świeżych graczy. Mnożyły się błędy w defensywie (w 77 i 78 min Czarni marnowali tzw. setki), jednak wynikały również z tego, że w środku pola mieliśmy ogromną dziurę. Łukasiak z Milewskim nie "zalepili" jej.
Mimo kłopotów i niemocy, w którą w ostatnim tygodniu popadli biało-niebiescy, można było wracać z Pruszcza ze zwycięstwem. W 88 min, po wykopie Grubby, błąd popełnia środkowy obrońca Czarnych i 40 m od bramki Milewski ma przed sobą jednego rywala oraz Zyberta i Króla. Zagrywa do Dawida, który jednak na skraju pola karnego daje się wyprzedzić bramkarzowi. Natomiast w doliczonym czasie Jarzembowski wykonywał rzut wolny ze środka boiska. Łukasiak wygrał pojedynek główkowy, Winsztal zaliczył pusty przelot i niespodziewanie Zybert stanął przed wielką szansą. Musiał tylko z 8 m skierować do bramki spadającą mu prosto na nogę piłkę. Miał nawet czas, aby ją przyjąć, czego nie zrobił. Uderzył nieczysto, lekko, przez co stojący na linii bramkowej Malinowski uratował gospodarzom punkt. Niestety, stąd właśnie biorą się straty punktowe. Być może nie byłoby problemu gdyby już minutę po golu na 1:0 (Kudyba strzelił z bliska w zamieszaniu powstałym po dośrodkowaniu Czuka z kornera) "Kudi" wykorzystał sytuację sam na sam. Wówczas jednak Winsztal ładnie wybronił strzał najskuteczniejszego zawodnika SKS. Bez bezpiecznej przewagi gdynianie grali nerwowo, a z nerwów biorą się pomyłki. Jeśli dodatkowo poziom zaangażowania jest daleki od tego, którym biało-niebiescy w ostatnich miesiącach imponowali, pojawia się rozczarowanie.
Oby jak najszybciej zniknęło.

29.08.2007 Reda: Orlęta - BAŁTYK 1:0 (0:0)

1:0 Szymański (65)

Sędzia: Walendziak. Żółte kartki: Piesik - GRZESIUK.

BAŁTYK: Grubba - Klemczyk, JARZEMBOWSKI, Widzicki, LITWINKO (71 ZYBERT) – Czuk, Kuźmińczuk, Łukasiak (58 Grzesiuk), Styn (58 MILEWSKI) - Kudyba, Król (71 Siemaszko). TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel, Stępień, Patalan.

Teoretycznie nasi piłkarze powinni już uodpornić się na fakt, że rywale podwójnie, albo i potrójnie mobilizują się na Bałtyk (pewnie ten sam problem mają obecnie gracze Zatoki). W Redzie okazało się jednak, że zaangażowanie, taktyka i sposób gry gospodarzy dosłownie oszołomiły biało-niebieskich. Zespół, wagowo pasujący raczej do ligi rugby, był zaporą nie do przebycia dla regularnie trenujących i mających ligowe aspiracje zawodnków. W tym kontekście absencja Martyniuka i Patalana nie jest dla ich kolegów żadnym usprawiedliwieniem. Bałtyk potrafi walczyć i walczy do końca, stać tę drużynę na wiele, ale wciąż są elementy, z którymi jeszcze sobie nie radzi. W konfrontacji z redzkim antyfutbolem zawiódł na całej linii. Bo Orlęta, począwszy od bramkarza, już w I połowie kradły czas. Gdy gospodarze wybijali piłkę na róg bądź aut, czynili to z taką siłą, jakby chcieli przekopać futbolówkę do Rumi lub Wejherowa. Przy tym z żelazną konsekwencją stawiali szczelny mur obronny na własnej połowie, wyprzedzali naszych graczy, również przeskakiwali w walce powietrznej. I to wystarczyło. Wystarczył jeden groźny strzał na bramkę Grubby, abyśmy zeszli z boiska pokonani. W 65 min grający na szpicy Szudrowicz sprytnie cofnął się z piłką na 40. metr, ze środka boiska zagrał do Frankowskiego, a ten błyskawicznie posłał prostopadłą piłkę nad rozrzedzonym blokiem obronnym Bałtyku. Do podania wystartował Szymański i z 14 m przelobował wybiegającego Grubbę.
O przewadze gdynian i kilku akcjach, które mogły/powinny przynieść nam gola (zdecydowanie więcej akcji było kończonych dośrodkowaniami lub strzałami z nieprzygotowanych pozycji) pisać w tej sytuacji nie warto. Nie wiedzieć czemu, naszych piłkarzy zjadły nerwy, niektórych chyba już przed pierwszym gwizdkiem. Rezerwowi tym razem nic nie wnieśli, można nawet zaryzykować (wyłączając Milewskiego), że zaszkodzili. Dlatego właśnie nikt z Zarządu SKS nie zamierzał i nie będzie deklarować oczekiwanych przez część fanów odważnych haseł, acz bez pokrycia. Mamy zespół zdolny do skutecznej walki o nową III ligę. W trakcie rozgrywek miało się okazać, czy "team Jastrzębia" stać na więcej. Widzimy, że na razie nie. Spektakularny sukces z Arką II wzmógł nadzieje i, czego teraz naocznie doświadczamy, jakby "uspokoił" piłkarzy. A przecież walczyć na "maksa" trzeba w każdej z 34 kolejek.

26.08.2007 Gdynia: BAŁTYK - Zatoka Puck 2:2 (1:0)

1:0 KUŹMIŃCZUK (29-wolny), 1:1 Godlewski (51-głową), 1:2 Smarzyński (62), 2:2 KUDYBA (69)

Sędzia: Cyrson. Żółte kartki: CZUK - Semak, Kobylarz.

BAŁTYK: Grubba - Klemczyk, JARZEMBOWSKI, Widzicki, LITWINKO (79 ZYBERT) - Czuk, Kuźmińczuk (64 Grzesiuk), Łukasiak, Styn (64 STĘPIEŃ) - Kudyba, Patalan. TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Żemojtel, Siemaszko, Kozerkiewicz.

Porażka w Dzierzgoniu i kontuzja Martyniuka (mięsień dwugłowy) spowodowały zmiany w wyjściowym składzie. Kapitana na środku obrony zastąpił Widzicki, do bramki powrócił Grubba (w ostatnich 5 grach ligowych bronił Żemojtel), a na lewej flance Litwinko, który kilka dni temu skończył 17 lat, zluzował Zyberta. Idąc dalej, szansę powrotu do gry otrzymał Łukasiak, który miał udaną końcówkę poprzedniego sezonu (4 asysty i gol w 5 meczach). Dodajmy jeszcze, że, oprócz "Marty" (pauzował po serii 50 kolejnych spotkań w IV lidze!), brakowało Króla, który wyjechał na mistrzostwa pocztowców. Nie było więc łatwo, tym bardziej, że - zgodnie z oczekiwaniami - przeciwnik okazał się wymagający, ale mimo to nasz młody zespół (dziś wystąpiło 8 zawodników do 22 lat) powalczył i udowodnił, że na własnym boisku nie zwykł przegrywać. I to bez względu na liczbę błędów - całej drużyny - popełnianych w grze obronnej.
Goście zapowiadali, że przyjechali po komplet punktów i przyznać trzeba, że zawalczyli o niego. Inna sprawa, że nic w tej lidze tak nie mobilizuje piłkarzy jak wizyta przy Olimpijskiej. Były momenty, gdy osiągali wyraźną przewagę, po czym jednak następowała równowaga, aż szala przechylała się na naszą stroną. I z powrotem. A to wszystko w słońcu, potem w ulewnym deszczu i znowu słońcu... W 5 min, po akcji Kazubowskiego z Laskowskim, Adamus spudłował z 8 m z bardzo dogodnej pozycji, a w 8. Kozak obronił strzał Kuźmińczuka z... rzutu karnego. Wcześniej Semak niepotrzebnie chwytał Kudybę za rękę. Mecz toczył się w rytmie akcja za akcję. W 26 min Grubba ratował Bałtyk przed kłopotami (powstrzymał Adamusa na 18. metrze), a w 29. - po krótkim rozegraniu rzutu wolnego z 25 m - Kuźmińczuk w pełni zrehabilitował się za "jedenastkę". Uderzeniem wewnętrzną częścią stopy ewidentnie zaskoczył doświadczonego golkipera Zatoki. W rewanżu w 35 i 39 min znowu straszył Adamus.
W 51 min, po niepotrzebnym faulu Kuźmińczuka, goście wykonywali rzut wolny. Do dośrodkowania właściwie jako jedyny wyskoczył Godlewski i głową pokonał Grubbę. W 54 min Kozak wyłapuje wolej Patalana, w 56. Laskowski trafia z 18 m w poprzeczkę, w 62. pucczanie wychodzą z zabójczą kontrą. Kobylarz zagrywa z prawej flanki na wolne pole i Smarzyński w pełnym biegu uderza z pierwszej piłki z 16 m. Gol - palce lizać. Grubba nie miał szans złapać futbolówki zmierzającej w długi róg. Zatoka przycisnęła, lecz gdy Kozak popełnił błąd decydujący o końcowym wyniku ("wypluł" uderzenie Łukasiaka z 30 m, co z bliska wykorzystał Kudyba) to biało-niebiescy ruszyli do natarcia. W końcówce jeszcze Grubba pięknie odbił nad poprzeczkę strzał Godlewskiego.

18.08.2007 Dzierzgoń: Powiśle - BAŁTYK 2:0 (2:0)

1:0 Opałka (10), 2:0 Opałka (35-głową)

Sędzia: Kuczkowski. Żółte kartki: S. Zieliński, Wiercioch, Cierlicki, Augustynowicz, Karwowski - KOZERKIEWICZ.

BAŁTYK: Żemojtel - Czuk, Martyniuk, Klemczyk (46 Grzesiuk), ZYBERT – LITWINKO (46 KOZERKIEWICZ), Widzicki, Kuźmińczuk (75 Król), Styn (67 Siemaszko) - Kudyba, Patalan. TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Grubba, Łukasiak, Stępień.

"Domowy" wypadek Jarzembowskiego wymusił zmiany w ustawieniu obrony i otworzył szansę IV-ligowego debiutu przed duetem nastoletnich wychowanków SKS. Litwinko już w 70 sekundzie mógł pokonać Wasiewskiego, lecz jego uderzenie głową przeleciało tuż obok słupka. Natomiast w 7 min golkiper gospodarzy błysnął paradą po silnym strzale Patalana z kilku metrów. Po chwili żal po straconej okazji wzrósł wielokrotnie, bo pierwszy zakończony strzałem atak Powiśla przyniósł mu gola. Scenariusz był następujący: nasza strata w środku pola, przerzut na prawą flankę, gdzie Zybert uchyla głowę zamiast przeciąć podanie, a następnie pozwala Chwesiukowi dośrodkować. W polu karnym stało czterech naszych zawodników plus Żemojtel, a mimo to futbolówka trafiła idealnie na nogę Opałki... Od tej pory duch walki u miejscowych jeszcze wzrósł i ambitnie, wręcz ofiarnie do ostatniej minuty blokowali, wyprzedzali gdynian, umięjętnie podwajali krycie. Były momenty, gdy nawet nawet trójka rywali doskakiwała do piłkarza Bałtyku. Z ich determinacji brała się też ostra gra, ale - mieliśmy wrażenie - że żółte karki były wkalkulowane w koszt cennego zwycięstwa, pierwszego przecież w sezonie. Notabene nie zdziwilibyśmy się wcale, gdyby jeszcze ze dwa kartoniki sędzia dołożył, ale wtedy miałby już kompletnie przechlapane u publiki. Miejscowi nie patyczkowali się, grali po męsku. Dla porównania - Bałtyk w trzech meczach zebrał dwie żółte kartki. Obie zobaczyli napastnicy.
W 27 min, po szarży Kudyby, przed szansą na wyrównanie stanął Kuźmińczuk, jednak z 7 m strzelił mocno nad poprzeczką. W 30 i 34 min Patalan i Kuźmińczuk wykonywali rzuty wolne (odpowiednio z 25 i 20 m na wprost bramki), ale przekombinowali. Nie da się ukryć, że - jak na pokaźną liczbę rzutów wolnych i rożnych - ich efekt był mizerny. Tego chyba żal najbardziej. Jedynie w 85 min, po kornerze wykonywamym przez Siemaszkę, Kudyba świetnie wyskoczył, uprzedził bramkarza, lecz "główka" o centymetry minęła cel. Ale po kolei - mamy 35 min: Powiśle oddaje drugi strzał na bramkę Żemojtela i robi się 2:0. Zagranie z rzutu wolnego ze środka boiska wzdłuż linii bocznej, z narożnika boiska centruje Wiercioch, piłka przelatuje dokładnie na głową skaczącego Klemczyka i czający się za nim Opałka głową - po koźle - ponownie wywołuje entuzjazm na widowni. Znakomita skuteczność plus konsekwentna i mądra defensywa to była recepta na sukces. Może gdyby w 45 min sędzia asystent nie popełnił błędu (zasygnalizował ofsajd Patalana, a właśnie w sytuacji sam na sam znajdował się Kudyba), udałoby się odwrócić losy meczu, ponieważ po zmianie stron było o to bardzo trudno.
Bałtyk nijak nie mógł naruszyć zasiek, które z pomyślunkiem stawiali gospodarze. W sobotę mieliśmy zbyt mało atutów, aby dokonać rzeczy, które udawały się w poprzednich spotkaniach, a rezerwowi nie wnieśli nic lepszego. Mówi się: trudno.

11.08.2007 Gdynia: BAŁTYK - Bytovia 4:3 (1:1)

1:0 KLEMCZYK (4), 1:1 Pietrzyk (25), 1:2 Pietrzyk (47-głową), 2:2 KUDYBA (56-głową), 2:3 Paraficz (74), 3:3 KUŹMIŃCZUK (81-karny), 4:3 KUDYBA (83)

Sędzia: Necel. Żółte kartki: KUDYBA - Stanios, Paraficz.

BAŁTYK: Żemojtel - Klemczyk (72 Grzesiuk), JARZEMBOWSKI, Martyniuk, ZYBERT - Czuk, Kuźmińczuk, Widzicki, Styn (75 Król) - Kudyba, Patalan. TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Grubba, Litwinko, Stępień, Siemaszko.

W 4 min Czuk "uruchomił" na prawym skrzydle Klemczyka, którego obrońca Bytovii zatrzymał faulem. Po wrzutce Kuźmińczuka główkował Patalan. Misiura efektownie odbił piłkę, ale trafiła on pod nogi Klemczyka, który z 12 m strzelił celnie, tuż przy słupku. Początek obiecujący, bałtykowcy dominowali na placu gry, aż poczuli się zbyt swobodnie. 25 minuta odmieniła Bytovię, której gra od tej pory była tak dobra, jak ani przez moment w trzech naszych poprzednich spotkaniach. Nie od rzeczy będzie tu jednak dygresja na temat wyrównującego gola, skoro bramki dla biało-niebieskich wzbudzały u przyjezdnych takie zgorszenie. Otóż rzutu rożnego być nie powinno. Arbiter nie zauważył, że Zybert nabił rywala zanim piłka wyszła za linię końcową. Inna sprawa, że korner z 47 min też był naciągany, bo Żemojtel spokojnie zatrzymał futbolówkę na linii. Co nie zmienia faktu, że goście świetnie rozgrywali rogi. W 25 min, w piłkę bitą nisko na krótki słupek nieczysto trafił Klemczyk, a Pietrzyk w tłoku odnalazł się świetnie. Tak samo jak krótko po przerwie, gdy głową skierował piłkę do siatki po tym jak jeden z partnerów sprytnie przedłużył - również głową - dośrodkowanie z kornera. Tak, po rogach i autach na przedpolu Filipa było bardzo gorąco.
Zresztą sama gra była nad wyraz emocjonująca. Na dogodne sytuacje biało-niebieskich (minimalnie niecelna "główka" Patalana w 34 min i strzał Kudyby w słupek z 6 m po akcji "Patiego" w 44 min) Bytovia odpowiadała nie mniej groźnie. Pietrzyk i Paraficz zbyt często znajdowali sposób na naszą obronę.

Od stanu 1:2 mecz miał przebieg przewidywalny. My - atak, oni - kontry, dobre kontry. Ale już w 50 min powinien być remis. Po rajdzie i dośrodkowaniu Czuka uderzał głową Kudyba, a Misiura zaimponował paradą. W 56 min goście próbowali wyjść z opresji, lecz ich atak zgasił w zarodku Martyniuk i natychmiast posłał prostopadłe podanie nad linią obrony. Dwóch graczy SKS uciekało w tym momencie z wyraźnego ofsajdu. Za to czujny Kudyba ruszył z kopyta z II linii i na skraju "16" przeskoczył rozpaczliwie wybiegającego golkipera. Inteligencja to jedna z najważniejszych zalet piłkarza. Pięknie, że sędzia-asystent dostrzegł to i nie przerwał akcji. Tymczasem już po 120 sekundach i kąśliwym uderzeniu Paraficza Żemojtel, jak "Kot", czyli tata przed ćwierćwieczem, uratował zespół przed nieuchronną - jak się zdawało - kolejną stratą.
W 67 min Kuźmińczuk nie trafił w bramkę z rzutu wolnego pośredniego z 7 m, natomiast 7 minut później - ok. 40 m przed bramką - w piłkę nie trafił Grzesiuk, który chwilę wcześniej zastąpił Klemczyka ("Bambo" sygnalizował kontuzję). Gafa Karola była straszna i taki jej skutek. W sytuacji sam na sam 19-letni Paraficz z zimną krwią pokonał Filipa uderzeniem w długi róg... Trener Jastrzębowski musiał więc pójść na całość i wprowadził trzeciego napastnika (Król). W 81 min Kudyba popędził do prostopadłego zagrania, w polu karnym jeden z obrońców wybił mu piłkę spod nóg, ale metr, może półtora dalej siłą rozpędu ściął naszego snajpera. Zdarzenie kontrowersyjne, jednak traf chciał, że na meczu był szef Wydziału Dyscypliny PoZPN i znany obserwator, Eugeniusz Bochan. - To że obrońca trafił w piłkę, nie wyklucza przewinienia - oznajmił. - Decyzja arbitra była zgodna z przepisami.
Na szczęście czwarty, zwycięski gol dla Bałtyku nie wywołał żadnych wątpliwości. Prostopadłe zagranie Widzickiego, Kudyba startuje do piłki równo z obrońcą, wyprzedza go i wzorcowo strzela w kierunku dalszego rogu bramki bezradnego w tej sytuacji Misiury. W 86 min miało być 5:3, jednak, po akcji Patalana, Kudyba przegrał następny pojedynek z Misiurą. Potem jeszcze ryzykowna interwencja Żemojtela na skraju pola karnego (lub nawet za linią "16"), za chwilę również męskie zderzenie Staniosa (mocno ucierpiał) z dwójką gdynian wywołały silne protesty trenera Walkusza. To akurat żadna nowość, bo pan Waldemar zwykł protestować przeciwko wszystkiemu, gdy wynik jest nie po jego myśli. Tak samo jego podopieczni opanowali sztukę wymuszania przerw poprzez "leżakowanie" na murawie. Jednak - gdy przegrywali - ich kolega mógł już cierpieć na trawie. Dzięki takim postawom widowisko zyskuje dodatkowego kolorytu i nabiera ogromnej dawki emocji, tyle, że przychodzi chwila, kiedy należałoby wykazać się konsekwencją. To jednak nieczęsta zaleta krzykaczy. Pomyłki na naszą korzyść - cacy, na korzyść konkurenta - be. Na dłuższą metę to trudne do zniesienia. I słuchania.

5.08.2007 Gdynia: Arka II - BAŁTYK 2:3 (2:0)

1:0 Niciński (3-karny), 2:0 Niciński (10), 2:1 KUDYBA (49), 2:2 STYN (51), 2:3 PATALAN (68)

Sędzia: Kobylarz. Żółta kartka: Baster.

ARKA II: Witkowski - Ł. Kowalski, Wojas (46 KAŁDOWSKI), Szyndrowski (46 GOSZ), Baster - Karwan (74 Stępień), Łabędzki, G. KOWALSKI, Wróblewski - JASZCZYK, Niciński (74 FELISIAK). TRENER: Mierzejewski.

BAŁTYK: Żemojtel - Klemczyk, JARZEMBOWSKI, Martyniuk, ZYBERT - Czuk (64 Gronowski), Kuźmińczuk (72 Łukasiak), Widzicki, Styn - Kudyba, Patalan. TRENER: Jastrzębowski. Na ławce: Grubba, Grzesiuk, Stępień, Król.

Początek był wybitnie niefortunny dla biało-niebieskich, jakby za mocno, przynajmniej niektórzy, przejęli się nagromadzeniem głośnych nazwisk w podstawowej "11" arkowców. No, i te błędy w obronie. Pierwszy był dziełem Zyberta. Być może Żemojtel mógł wyjść do piłki, jednak przede wszystkim to Dawid, naciskany przez Jaszczyka, miał ją wybić na korner. Wybrał ryzykownie wykop na aut i... trafił w rywala. A po chwili go podciął, mimo że akurat w tym momencie ze skuteczną odsieczą pospieszył Jarzembowski. Karnego pewnie wykorzystał Niciński. 7 minut później znowu nasze proste, niewymuszone błędy już 40 m od bramki i ten sam zawodnik wybiegł do prostopadłego zagrania Wróblewskiego i wykorzystał sytuację sam na sam. Pomyśleć, że Grzegorz, notabene sympatyczny sąsiad wielkiego kibica Bałtyku, już 15 lat temu zachwycał swą grą podczas derbów Gdyni, wówczas II-ligowych. W 22 min jego "przewrotka" - gdyby tylko wylądowała w siatce - prawdopodobnie byłaby golem jesieni przy Olimpijskiej, a dla nas w tym dniu musowo gwoździem do trumny. Inna sprawa, że żółto-niebiescy, mimo mądrej, spokojnej gry w I połowie, nie zasługiwali, żeby każdy ich strzał w światło bramki kończył się golem.
Od 11 min to Bałtyk starał się nadawać ton wydarzeniom, parł do przodu (dzięki temu oglądaliśmy piłkarskie widowisko), natomiast Arka układała sobie akcje od tyłu. Wciągając biało-niebieskich na własną połowę próbowała zaskakiwać niekonwencjonalnym atakami. Raz się udawało, innym razem nie, bo dziś w odbiorze piłki nasi piłkarze byli co najmniej świetni. Kudyba właściwie od 1. minuty siał popłoch wśród defensorów Arki. Między 13 a 18 min Bałtyk przeprowadził trzy groźne akcje, w ostatniej - po zagraniu Kudyby - Patalan w polu karnym oszukał Szyndrowskiego i został przez niego sfaulowany. Niestety, Darek sam zabrał się za wykonanie karnego (żaden z kolegów się nie kwapił) i -zgodnie ze starą regułą - zaprzepaścił szansę na złapanie kontaktu. Witkowski odbił piłkę. Potem dwukrotnie postraszył nas Karwan, lecz absolutnie nie było mowy o tym, że pech "Patigola" podciął skrzydła bałtykowcom. Nic bardziej mylnego. Od 39 min do gwizdka na przerwę mieliśmy cztery sytuacje bramkowe, jedna lepsza od drugiej (Kudyba, Styn, Patalan, Kuźmińczuk). Nic nie chciało wpaść.

II połowa rozpoczęła się od frontalnego ataku Bałtyku. Arkowcy, po zejściu duetu środkowych obrońców (powodem kontuzje, choć i młody Wojas, a tym bardziej Szyndrowski niczym nie zaimponowali), niespodziewanie pogubili się. Tyle składnych, pełnych werwy ataków Bałtyk nie przeprowadził w jednej połowie nawet w trakcie rekordowego festiwalu z Czarnymi Czarne (12:1). Naliczyliśmy 15 akcji zakończonych uderzeniami na bramkę, w większości mocnymi i celnymi! Tymczasem Żemojtel z nudów podpierał słupki. Gdyby nie Witkowski i kilkakroć niedokładne, ostatnie podania nasze zwycięstwo byłoby bardziej okazałe. Ograniczymy się do tylko do historii bramek. Nieważna poprzeczka Czuka, nieistotne, że dwie minuty przed golem na 3:2 powinien być następny rzut karny (obrońca Arki ewidentnie trzymał Patalana za koszulkę).
1. - w lewym narożniku pola karnego Patalan ogrywa obrońcę i wycofuje piłkę do Kudyby, trochę za plecy, lecz Darek jednak dosięga futbolówki lewą nogą i lekkim, nieczystym, nie ma co ukrywać, uderzeniem z 10 m zaskakuje golkipera gospodarzy. 2. - Patalan zagrywa na skrzydło do Klemczyka, a ten dośrodkowuje. Wbiegający w "16" Styn przyjmuje piłkę na brzuch i po koźle strzela w długi róg. 3. - ponownie Klemczyk centruje z prawej flanki, Kudyba w polu karnym przepuszcza piłkę, a zamykający akcję Patalan wieńczy ją popisowym uderzeniem w przeciwległy róg bramki. O zmarnowanym karnym zapomnieliśmy.